19 sierpnia 2019

J.M. Darhower "Bestia w jego oczach" PRZEDPREMIEROWY FRAGMENT


Dziś chcę was zaprosić na przed premierowy fragment powieści który już niebawem książka ukaże się na polskim rynku wydawniczym. Kto z Was ma w planach przeczytać?

Prolog 

Palec śledzi krzywizny moich pleców, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Choć ze wszystkich sił udaję, że śpię, drżę pod jego lekkim jak puch dotykiem, niezdolna powstrzymać reakcji własnego ciała. Oddech więźnie w gardle. Dlaczego on mi to robi? Nienawidzę siebie prawie tak bardzo, jak nienawidzę tego mężczyzny. Ach, jakże ja nim gardzę… Nigdy w życiu nie czułam tak silnej nienawiści do nikogo i niczego. Nienawidzę jego włosów, uśmiechu, oczu. Nienawidzę słów, które wypowiada tym swoim zachrypniętym głosem. Rzeczy, które robi. Tego, jakim jest człowiekiem, jak mnie traktuje, jak na mnie wpływa. Bólu, jaki zadają mi jego dłonie, by za chwilę ofiarować niewyobrażalną rozkosz. Dzikie pożądanie pali mnie żywym ogniem, mieszając się z agonią. Nienawidzę tego. Nienawidzę. Tak bardzo tego, kurwa, nienawidzę. Palec zatrzymuje się u dołu moich pleców, by obwieść rąbek bielizny. Czuję, że ciało budzi się do życia, rozpala żarem. On 8 się tego spodziewa – potrafi rozniecić ogień. Wie, jak mnie dotykać. Chciałabym oblać się benzyną i podpalić, sczeznąć w płomieniach, byle uciec od tych uczuć… Ale to na nic. Choćbym zmieniła się w kupkę popiołu, nie uwolnię się od niego. Tak działają siły natury – wiatr przywiałby mnie z powrotem. Powietrze robi się ciężkie niczym od gęstego, czarnego dymu. A może to płuca tężeją, podobnie jak wszystkie moje mięśnie? Chcę krzyczeć, uwolnić się. Uciec. Lecz tego nie robię – wiem, że natychmiast by mnie złapał. Nie raz tak było. I nie raz się jeszcze powtórzy. Wciąż nie otwieram oczu, gdy palec znów pełznie wzdłuż mojego kręgosłupa. Staram się zapanować nad odczuciami. „Nic się nie dzieje – powtarzam sobie – ja przecież śpię. On także śpi. To tylko sen. A może koszmar?” Tak naprawdę mnie nie dotyka, choć wiem, że to robi… Wiem, że tak. Każda ze zdradzieckich komórek mojego organizmu budzi się pod jego dotykiem, każdy nerw drży jak pod napięciem. To się nie dzieje naprawdę. Nic tutaj nie dzieje się naprawdę. Zaczynam się zastanawiać… Może tak byłoby lepiej? Palec zatrzymuje się przy moim karku, tym razem na dłużej. Pięć, dziesięć, piętnaście… Odliczam w głowie sekundy, czekając na jego kolejny ruch, starając się przewidzieć, co zrobi za chwilę, jakbyśmy grali w szachy, a ja miała jakiekolwiek szanse na kontratak. Wszystko na nic. Nawet te myśli. Zdążył już zbić mojego króla. Szach-mat. Raz jeszcze przeciąga palcem wzdłuż pleców, by w połowie zboczyć z obranej trasy. Bada pozostałe obszary, jakby rozgrzana skóra była malarskim płótnem. Ciekawość bierze górę nad rozsądkiem i zaczynam się zastanawiać, co takiego próbuje nakreślić. Ruchy wydają się przypadkowe, bezmyślne, ale za dobrze go znam… Niczego nie robi bezcelowo. Tym szaleństwem kierują zawiłe reguły, a każde wypowiedziane słowo zdradza jego dalsze zamiary. A te rzadko bywają dobre. Zaciskam mocniej powieki, próbując odczytać szyfr, jakim posługuje się palec tańczący na moich plecach. Czyżby odmalowywał sielski obraz życia, który mi kiedyś obiecywał? Czyżby znowu wsączał mi w skórę kłamstwa? Może pisze miłosny list, przysięgając poprawę? Lub raczej żądanie okupu? Ach, gdyby tak narysował linę. Znalazłabym sposób, by wyrwać ją z ciała i powiesić go na niej. Zasłużył na to, tego jestem pewna. W końcu udaje mi się wyłapać wzór splotów i zakrętów powtarzanych przez palec. Widzę oczyma wyobraźni, że pisze pochylonymi literami jedno samotne słowo. Vitale. Nazywa się Ignazio Vitale, choć jeszcze niedawno kazał mi mówić na siebie Naz. To właśnie Naz mnie oczarował, to on zdobył moje serce i sprawił, że stopniało. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że prawdziwy jest Ignazio, a gdy poznałam oblicze Vitale, było już za późno na odwrót. A może nigdy nie miałam na to szansy…?

12 sierpnia 2019

Kylie Scott "Dirty"


Najpiękniejszym dniem w naszym życiu jest ślub. To dzień, o którym marzymy już od najmłodszych lat a każda nasza fantazja może zostać spełniona. I tak właśnie jest z Lydią Green, która już za chwilę stanie na ślubnym kobiercu i będzie przysięgać miłość i uczciwość małżeńską oraz że nie opuści go aż do śmierci. Ale chwila wróćmy do uczciwości, bo właśnie Lydia dostaje wiadomość z filmem a głównymi bohaterami są jej Chris i UWAGA jego drużba. Uwierzycie jej narzeczony zabawiał się z swoim przyjacielem. Chris zachowywał się jak czuły narzeczony i był miłością jej życia. Drobne niepokojące sygnały Lydia po prostu lekceważyła. W końcu jej ukochany był chodzącym ideałem, a po ślubie ich życie miało być, co najmniej bajkowe. W tej jednej chwili postanawia uciec jak najdalej. Szukając schronienia przed zdrajcą, tłumem gości i własną rozpaczą, niedoszła panna młoda włamała się do uroczego bungalowu i schowała w łazience.

Do miasta właśnie wrócił Vaughan Hewson. Mając swoje problemy postanawia zaszyć się na kilka dni w rodzinnym domu. Tam zastaje zapłakaną dziewczynę w sukni ślubnej. Ale zamiast wezwać policję (w końcu miał przed sobą włamywaczkę!) zaoferował jej ręcznik i muskularne ramię, by mogła się na nim wypłakać. To raczej nie było w jego stylu. Z czasem ich relacja przeradza się w przyjaźń, lecz każde z nich wie, że jest to krótkotrwałe gdyż już za kilka dniu obje wyjadą szukając lepszego jutra. Czy zatem warto ponownie komuś zaufać? A może lepiej po prostu trochę się zabawić?

10 sierpnia 2019

Augusta Docher "Rozdroża. Z klas(yk)ą w łóżku" FRAGMENT POWIEŚCI II

 Nie spytałam, kiedy i w jaki sposób dowiem się, czy moja kandydatura została przyjęta. Bardzo możliwe, że z góry założyłam porażkę. Z pewnością byłam najmniej sympatyczną kandydatką na opiekunkę do dziecka, jaka się zgłosiła, ale nie powstrzymuje mnie to przed pakowaniem skromnego dobytku. Tak czy owak, cel jest jasny: wyjechać. Wyjechać jak najdalej, zostawić za sobą całą przeszłość, odciąć się od niej grubą krechą, nawet od tych nielicznych miejsc, rzeczy i osób, z którymi łączyło mnie jakiekolwiek przywiązanie.
Nie warto.
Nie warto się przywiązywać.
 Mija trzeci dzień od rozmowy kwalifikacyjnej. Mieszkanie moje i Helen, bo jej rzeczy też musiałam uprzątnąć, jest już puste. Oddałam to, co nadawało się do użytku, przygotowałam na wyjazd najpierw
trzy walizki, potem dwie, na końcu jedną. Wystarczy. Im mniej balastu, tym lżej żyć. Garstka ubrań, nie to, co ulubione, tylko to, co niezbędne, dwie pary butów, kilka książek. Jedyna słabostka? Mały jasiek, z którym zawsze spała Burns. Ciągle pachnie jej włosami. Dla czego życie jest takie… Nie wiem. Trudne? A jednocześnie wciąż czuję w sobie zupełnie niepojętą chęć i siłę, żeby się z nim zmagaćżeby pokazać, że trwam. Trwam ponad wszystko.
 Szukam kolejnych ofert, sprawdzam codziennie ogłoszenia, niestety, równie dobra okazja się nie powtarza. Zapada wieczór, kładę się spać bez wielkiego żalu czy rozczarowania. Czyżbym była już tak zgorzkniała i smutna, że porażkę uznaję za coś oczywistego, naturalnego bardziej niż oddychanie? Jakże jestem zaskoczona, kiedy rankiem dostaję wiadomość: „Panno Eye, dzień dobry. Z przyjemnością informuję, że Pani kandydatura została przyjęta. Proszę się zgłosić do mojego biura w czwartek, o godzinie szesnastej. Pozdrowienia”.
 Pozwalam sobie na chwil
ę radości. Trzeba uczcić zwycięstwo, idę do kuchni, wyjmuję z szafki metalową puszkę po solonych orzeszkach. Burns trzymała w niej ciasteczka. To była jej słabostka: cynamonowe ciasteczka, twarde i brzydkie. Zjadam ostatnie ciastko, a puszkę wkładam z powrotem do szafki. Zero waste — nie śmiecić. Tak zawsze mówiła Helen. Nie, wtedy zmieniała się w Burns. Gdy miała do powiedzenia coś ważnego, oświadczała: „Ja, Burns, ci to mówię”. Dobrze więc, nie będę śmiecić, zamierzam kontynuować jej bezsensowne dzieło ochrony natury przed odpadkami. Boże, jakież to jest głupie! Co jak co, ale Amerykanie to najgorsze świntuchy, jakich nosi na grzbiecie matka ziemia. A kimże ja jestem? Jednostką w oceanie świntuchów.
 Dobrze, że jako ludzie mamy niezbywalne prawo do popełniania głupstw. 

Edward Gdyby Celina Varens nie była dziwką, mógłbym ją uznać za ideał kobiety — inteligentna, rzeczowa, konkretna, błyskotliwa i z poczuciem humoru, a przy tym wyjątkowo piękna, niekierująca się ślepo modą, niezbyt chuda, raczej kształtna, z wyczuwalną warstewką tłuszczu pod gładką skórą. O tak, Celina spełnia wszelkie moje osobiste kryteria, bym mógł uważać ją za skończoną piękność i chodzący ideał. Mówię jej to, a ona wybucha śmiechem, szczerym, prawdziwym jak jej naturalne blond włosy i biust (nie mam pojęcia, jaki rozmiar mają piersi Celiny, ale są perfekcyjne i mieszczą się idealnie w moich dłoniach).
— Masz pomys
ły, ja idealna? — Zsuwa się z mojej klatki piersiowej i siada po turecku. Widzę jej słodką jasnoróżową cipkę i czuję, że za chwilę znowu się w niej znajdę. — Daleko mi do ideału, drogi hrabio.
— Chichocze.
 Uwielbia
żartować z mojego pochodzenia, nadużywa tytułów i posługuje się nimi zupełnie bez sensu. Nigdy nie miałem hrabiowskiego tytułu, moi przodkowie też.
— W mojej ocenie jeste
ś perfekcyjna. Byłabyś doskonałą żoną — droczę się z nią.
— Jestem dziwk
ą, nie żoną.
— Dziwki te
ż mogą wychodzić za mąż — zauważam.
— Nie umiem gotowa
ć.
— Ale lubisz.
— Nie wychodzi mi! Pami
ętasz brownie bez mąki? — Potrząsa głową.
 Jak móg
łbym zapomnieć tę bulgoczącą papkę, którą kiedyś wyjęła z piekarnika. Chciała upiec domowe ciasto, sprawić mi przyjemność  — i zasadniczo ją sprawiła, bo ostatecznie czekoladowa masa wylądowała na jej brzuchu i cipce, a ja zlizywałem słodkości przez godzinę.
— Lubi
ę twoje brownie. — Kilka razy mlaszczę ze smakiem. — Mogłabyś znów je przyrządzić.
— Nienawidz
ę sprzątać i dekorować domu — wymienia kolejny argument.
— Mo
żna wynająć służbę, to błahostka. Zapłacisz komu trzeba, będzie pucował chałupę i dmuchał na domowe ognisko za ciebie.
— Nie lubi
ę dzieci. To przeszkoda nie do pokonania.
— A kto powiedzia
ł, że ja lubię dzieci? — Wybucham śmiechem.
— Przesta
ń! — Wymierza mi kuksańca w brzuch. — Masz dziecko i nie mów więcej takich rzeczy.
— Masz racj
ę, nie mówmy o tym — zamykam temat.
 Co jak co, ale sypialnia w prywatnym apartamencie dziwki, nawet tak luksusowej, jak
ą jest Celina, to nie miejsce na dyskusje o dzieciach, mimo to gospodyni drąży temat i wypytuje o Kate, opiekunkę mojej córki. Niepotrzebnie zwierzyłem się ostatnio Celinie z problemów z młodą, urodziwą studentką medycyny, która wzięła roczny urlop i zatrudniła się u mnie. Nie ma nic złego w studentkach medycyny, przeciwnie, są inteligentne i kompetentne, szkoda, że akurat Kate cechował nadmierny romantyzm. Bardzo szybko uznała, że kilka szybkich numerków, które zaliczyliśmy w ogrodzie, w mojej garderobie, w moim gabinecie, w samochodzie i w paru innych miejscach, uprawnia ją do snucia planów długiego i wspólnego życia. Zakochała się na śmierć albo we mnie, albo (co raczej bardziej prawdopodobne) w moim majątku. A gdy jeszcze pomyślę o starciu w mojej sypialni pomiędzy nią a Blanką Ingram… Cóż, było ostro, ale nie tak,
jak bym tego oczekiwa
ł. Dlatego właśnie musiałem ją odprawić.
— Katherine? — Podkładam rękę pod głowę. — Nie mam pojęcia, co u niej. Już nie pracuje w Thornfield.
— Zwolni
łeś ją?! — W głosie Celiny wybrzmiewa udawane oburzenie. — Jesteś okropny, murgrabio, podły i bez serca. Szowinistyczna świnia. Najpierw uwiodłeś dziewczynę, a jak się zakochała, zwolniłeś.
— Wypraszam sobie. Tego murgrabi
ę. — Puszczam jej oko. — I nie zwolniłem, sama wypowiedziała umowę.
— Uwa
żaj, bo ci uwierzę. — Celina wydyma słodkie usta.
— Czy to wa
żne? Odeszła i już, problem z głowy.
— Wstr
ęciuch bez serca. A Adelka? Na pewno tęskni.
— Moja córka od pocz
ątku nie przepadała za Kate, zresztą już zatrudniłem nową nianię. Żeby mnie nie kusiło, wybrałem brzydulę. Urodą nie grzeszy, ale jest kompetentna i ma świetne referencje.
— Jeste
ś okropny.
— Raczej szczery. Ty te
ż, dlatego cię lubię. Chodź tu. — Kiwam na nią palcem. Dość gadania. Mam ochotę na seks z ideałem. — No już, pogalopuj na koniu murgrabiego. — Popędzam ją, bo się ociąga i zamiast wskoczyć na mnie, siedzi, uśmiecha się przekornie i nawija kosmyk włosów na palec. Dobrze wie, że nieziemsko mnie kręci, gdy stroi minki niegrzecznej uczennicy. — Celino Varens, jeśli natychmiast nie wskoczysz na mojego fiuta, dostaniesz lanie, zobaczysz!
— Siadam,
żeby ją schwytać za rękę, ale nie zdążam.
Celina z piskiem umyka z sypialni, goni
ę ją po wielkim apartamencie, biegamy wokół kuchennej wyspy i dopiero drobny wypadek
— Celinie odje
żdża noga przy kolejnym okrążeniu — sprawia, że udaje mi się ją dorwać. Przerzucam kochanicę przez ramię i niosę do sypialni, po drodze wymierzam kilka soczystych klapsów.
Lubi to, ja te
ż. Mówiłem już, że ta kobieta to ideał?

9 sierpnia 2019

Meghan March "Imperium grzechu" PRZEDPREMIEROWO


Tak niedawno czytaliśmy „Król skorpion” i „Niepokorna królowa” a dziś chcę wam zaprezentować trzecią i ostatnią część, czyli „Imperium Grzechu”. Powiem szczerze, że po takim zakończeniu z części drugiej miałam mętlik w głowie i masę pytań, co do postępowania Mounta. Koniecznie chciałam się dowiedzieć jak zakończy się ta historia i udało mi się. Ale jeśli nie czytaliście poprzednich dwóch części to po pierwsze musicie to nadrobić a po drugie nie czytajcie tej recenzji gdyż nie chce wam już zradzać to, co możecie sami przeczytać.

Keira Kirgore przejęła interes rodzinny po ojcu i chce pielęgnować to dziedzictwo. Nie dawno zmarł jej mąż a do tego firma ma kłopoty finansowe. Kobieta postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, lecz pewnego dnia w jej biurze pojawia się Lachlan Mount to człowiek, który rządzi całym Nowym Orleanem. Nie ma żadnych zasad i jest bezwzględny a legendy, które o nim krążą przyprawiają o dreszcze. Nikt do niego się nie zbliża oprócz kobiet, które później po czasie giną. Lachlan daje kobiecie propozycję nie odrzucenia a ona nie mając wyjścia zgadza się. Z dnia na dzień każde z nich coś sobie uświadamia, lecz nie mówią nic. Ich słowa nie rozbrzmiewają, ale czyny świadczą i mówią wiele. Mężczyzna postanawia zabrać Keirę do Dublina, aby choć po części ukazać jej, choć na chwilę jej ojcowiznę. Lecz w czasie drogi powrotnej dochodzi do strzelaniny i zostaja ranni. Należy do tyrana, najgroźniejszego mężczyzny w Nowym Orleanie. Jeszcze niedawno nienawidziła go z całego swojego niepokornego serca, a dziś jest gotowa zabijać w jego obronie. Zamach, który o mało nie pozbawił obojga życia, uzmysłowił Keirze, jak bardzo kocha potwora. I że dla niego sama może stać się bestią.

Autorka książki w ciekawy sposób opisuje zdarzenia i wtajemnicza nas (mnie) w dalsze losy dwojga kochanków. Powieść jest napisana tak abyśmy mogli poznać myśli i odczucia obydwojga bohaterów. Miłość i oddanie, pragnieniu zemsty, przemiana osobowości, raj na ziemi to kilka słów, jakie mogę napisać, co znalazłam w tej książce, choć bym chciała więcej to nie chcę, bo nie bardzo chcę wam zdradzać fabuły. 

Czytając trzeci tom chyba najbardziej mi się spodobał a wręcz mogę powiedzieć, że zakochałam się w tej serii. Lawina uczuć, jaka przewinęła się razem ze mną przez książkę jest nie do opisania. Raz płakałam, śmiałam się, denerwowałam na pisarkę, że taki zgotowała im los, ale wielki ukłon za pomysłowość na taką tematykę.

 Książka „Imperium Grzechu” to nie jest taka zwykła książka. To nie jest powieść, którą przeczytamy i odłożymy na półkę nie zastanawiając się, co będzie dalej i jak losy potoczyłyby się. Ta powieść skradła moje serce i zamknęła je bezpowrotnie. Z każdą stroną, kiedy czytałam nie mogłam się oderwać od niej gdyż za każdym razem byłam ciekawa, co wydarzy się dalej. Sceny są tak precyzyjnie napisane, że zamykając oczy wszystko sobie dokładnie wyobrażałam bez większego problemu. 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję

Augusta Docher "Rozdroża. Z klas(yk)ą w łóżku" FRAGMENT POWIEŚCI I


Prolog

Moja żona nie żyje. To, że jest martwa, nie ulega wątpliwości. Pogruchotane o kamienny dziedziniec kończyny leżą nienaturalnie powykrzywiane, układem przypominają swastykę. Odcinają się czernią od bieli śniegu, który zjawił się nie wiedzieć kiedy i jak. Przecież nie
pada
ło, jest wyż, mroźno, pełnia księżyca. 

I pomyśleć, że kochałem ją nad życie.
By
ła dla mnie objawieniem. 

Kimś nieosiągalnym.
Nie pojawi
ła się w moim życiu przypadkowo. Można by rzec, że nasze małżeństwo zostało zaaranżowane — ale kto powiedział, że taki związek jest z góry skazany na porażkę? Od pierwszych chwil czułem, że to ta kobieta. Najlepsza z wszystkich kobiet, najlepsza dla mnie: piękna, inteligentna, jaśniała jak gwiazda. Ja mogłem jedynie lśnić światłem od niej odbitym.
Kiedy sprawy przyj
ęły zły obrót? Nie potrafię tego stwierdzić. Ten moment nastąpił niepostrzeżenie. Równia pochyła, było coraz gorzej, lecz ja tego nie dostrzegałem. Ciągle w nią zapatrzony, zaślepiony jej nieziemskim blaskiem. Ale zmiany postępują — na tym właśnie polega ich stałość, na zmienności, z dnia na dzień wszystko się zmienia, powoli, konsekwentnie, dyskretnie, prawie niezauważalnie. Podobnie jak krew, która sączy się z roztrzaskanej czaszki i tworzy wokół głowy ognistoczerwoną aureolę. 



Rozdział 1


Jak wrzosu gałązka, którą w pustym polu
Wiatr dziki wirem unosi…

Jane

Rekruterka to zadbana babka pod pięćdziesiątkę. Czuję suchość w ustach, gdy na nią patrzę, taka jest chuda, matowa i naciągnięta. Ubrana w ciuchy, na które nigdy nie będzie mnie stać, pachnąca
czym
ś, co musiało kosztować milion monet. Ale to nie problem, zauważalny brak kompetencji też nie, w końcu to tylko człowiek, który przyjmuje innego człowieka do pracy. Rzecz w słodyczy, wprost nią ocieka. Drażni mnie to.
Kolejny raz zagl
ąda w moje papiery, przelatuje je wzrokiem, pociera nerwowo koniuszek noska, pieczołowicie i precyzyjnie ukształtowanego przez chirurga, i podnosi na mnie sztuczne błękitne spojrzenie.
— Wie pani, panno…
— Eye.
— …
że ta praca wiąże się z wyjazdem, a kontrakt opiewa na rok?
— Tak.
— Nie b
ędzie pani miała możliwości przyjazdu do Stanów przez czas trwania kontraktu.
— Wiem, pozna
łam dokładnie treść oferty.
— A co z rodzin
ą? Ze znajomymi?
— Nie mam rodziny. Znajomych te
ż nie.
Jej zaskoczenie mnie bawi. Kilka razy mruga, chrz
ąka, znowu pociera nos, w końcu ciekawość zwycięża.
— Nie ma pani nikogo bliskiego w Nowym Jorku?
Czemu mnie dr
ęczysz, kobieto? Nie, nie mam nikogo. Minęło dziesięć dni od śmierci Helen, wczoraj był pogrzeb. Nie pojechałam do Sandusky, gdzie mieszkają jej rodzice. To oni załatwili pochówek.
Zgodnie z wol
ą córki państwo Burnsowie rozsypali jej prochy nad brzegiem jeziora Erie, a po cichej ceremonii, szczęśliwi, że już po wszystkim, wrócili do domu i stadka kotów rasy maine coon. Nie
by
ło żadnego nabożeństwa ani zwyczajowego przyjęcia po pogrzebie, sąsiadek przynoszących zapiekanki z makaronu dla pogrążonej w rozpaczy rodziny. W każdym razie ja nie dostałam żadnej, bo i od kogo?
— Mówi
łam. Moi rodzice nie żyją, wychowałam się w rodzinie zastępczej. Jestem jedynaczką, a przyjaciółka, z którą mieszkałam, zmarła niedawno na białaczkę.
— Och. — Jest szczerze stropiona.
Tak, prosz
ę pani. Ani pół osoby, ani ćwierć się nie ostała — dopowiadam w myślach. Kiedyś spytałam ciotkę Sarę, czy mam jakichś krewnych ze strony ojca. Stwierdziła, że nic o tym nie wie, a potem mnie przegoniła. No, może Bessie Lee, pomoc domowa w majątku Reedów, jest dla mnie kimś ważnym, ale ona się nie liczy; wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i zaborczego męża, który nie znosi, gdy Bessie poświęca swój czas i uwagę komukolwiek poza nim i ich potomstwem. Jestem sama jak palec, samotność to moje drugie imię, nawet  pierwsze, bo definiuje mnie bardziej niż Jane, ale tego nie powiem, ponieważ to rekrutacja do pracy, nie wizyta u psychoanalityka.
— Od dziecka marzy
łam o wyjeździe do Europy. Chciałam zwiedzić Stary Kontynent — mówię ze zbędną egzaltacją w głosie. — Marzę o tym, by zobaczyć te wszystkie miejsca, o których czytałam.
To dobra wypowied
ź. Rekruterka może przestać myśleć, jak niezręcznie wypadło jej pytanie. Skoro ja bagatelizuję wszystkie nieszczęścia, które mnie spotkały, tym bardziej ona nie musi się rozczulać i okazywać współczucia. Nawiasem mówiąc, kolejny raz stwierdzam, że ten nabór przeprowadziłby lepiej nawet Scott, nasz dozorca, chociaż jest alkoholikiem i jedyne, na czym się zna, to skład drużyny Jetsów i jej poczynania.
— Prosz
ę wybaczyć, ale wolę o tym wspomnieć, o rocznej nieobecności. Nie każdy łatwo znosi tęsknotę wywołaną długą rozłąką.
— Nachyla si
ę nad biurkiem.
Żeby jakkolwiek znosić tęsknotę, trzeba najpierw ją poczuć.
Jeszcze chwila, wstan
ę, zaraz za drzwiami potargam na strzępki formularz zgłoszenia i poślę w diabły tę ckliwą babę. Masz mnie przyjąć do pracy! Nie stękać nad moim losem!
— A dlaczego zrezygnowa
ła pani z pracy w… — Spogląda w moje CV.
— Bo chcia
łam coś zmienić. — Nie czekam, aż znajdzie nazwę prywatnego przedszkola na Manhattanie. — Pracowałam tam ponad dwa lata, a teraz chciałabym zdobyć nowe doświadczenia. Nie miałam na razie okazji sprawdzić się w wychowaniu indywidualnym, ale czujęsię na siłach, by podjąć to wyzwanie.
— Jestem pewna,
że tak będzie. — Jej uśmiech można butelkować i sprzedawać jako dietetyczny zamiennik syropu klonowego. — Dobrze, panno…
— Eye — podsuwam.

Zamiast rozpływać się w czułościach, zapamiętałabyś moje nazwisko! — jestem spocona z irytacji. I pomyśleć, że niepokoiłam się tą rozmową. Jak wypadnę? Czy moje kompetencje są odpowiednie i tak dalej, a tu w miejsce rzeczowego headhuntera mam żonę ze Stepford.
— Panno Eye, powiadomimy pani
ą o wynikach rekrutacji.
Alleluja! Wreszcie jaki
ś konkret.
— B
ędę czekać.
— Trzymam za pani
ą kciuki.
Lito
ści!
***

7 sierpnia 2019

Penelope Ward "Grzechy Sevina" PRZEDPREMIEROWO


W przypadku Sevina religijna rodzina i staranne, pobożne wychowanie nie wystarczyły. Chłopak był grzesznikiem. Podążał za swoim pożądaniem i nie przejmował się tym, jak niemoralnie postępował. Wyrzuty sumienia, o ile je odczuwał, prędko mijały. Wystarczyła kolejna chętna kobieta, choćby była nią nawet żona pastora. Mimo to Sevin chciał się poprawić, zwłaszcza, że otrzymał propozycję nie do odrzucenia. Wybrano mu idealną narzeczoną. Bardzo różniła się od jego poprzednich dziewczyn. Elle była śliczna, słodka, skromna i... niewinna. Musiał uszanować jej decyzję, że z seksem poczekają do ślubu. Wiedział, jak wspaniałą i ofiarną będzie żoną, postanowił, więc wytrwać w dobrych postanowieniach.
Wszystko się zmieniło, gdy przez kompletny przypadek poznał ciemnowłosą dziewczynę. Miała w sobie coś fascynującego. Była niezwykła. Znała się na samochodach i lubiła je naprawiać. Od razu obudziła w nim coś, czego dotychczas nie czuł do żadnej kobiety. Szybko zrozumiał, że to właśnie Evangeline jest kobietą jego życia. I że nigdy nie będą mogli być razem, bo Evangeline to siostra jego narzeczonej.
Oto niezwykła opowieść o miłości, która trwa pomimo przeszkód. To historia pełna silnych emocji, czułości, smutku i głębokiego pożądania, obfitująca w zaskakujące zwroty akcji. Będziesz wraz z bohaterami tęsknić, śmiać się i płakać. Nie oderwiesz się od tej książki do ostatniego zdania!
Przyjął zobowiązanie. I nie przestał grzeszyć. Myślą, mową...

4 sierpnia 2019

Anna Szafrańska "Powiedz tak!"


Miłość to nie wszystko. Trzeba jeszcze zdobyć sympatię rodziny...
Wygląda na to, że Stefania w końcu odnalazła swoje miejsce na ziemi. Zdecydowała się na przeprowadzkę do Drzewicy, przyjęła oświadczyny Michała i stworzyła prawdziwą, rodzicielską więź ze swoją pasierbicą, małą Melanią. Tymczasem na kilka godzin przed uroczystym przyjęciem zaręczynowym w domu Michała pojawia się jego siostra, która najwyraźniej nie pała do Stefanii sympatią. Niechęci do kandydatki na synową nie kryją także rodzice Michała. A to dopiero początek problemów, które mogą okazać się początkiem końca tego związku...

Anna Szafrańska już nie jeden raz zaskoczyła mnie swoją twórczością. Od samego początku mogłam się przyglądać jak autorka z literatury młodzieżowej przechodzi na literaturę kobiecą. I wiecie, co naprawdę autorka sprawdza się w tym gatunku. A z każdą wydaną powieścią zastanawiam się, co tym razem dostaniemy?

Anna Szafrańska przygodę z pisaniem zaczęłam, mając trzynaście lat. Do dziś przechowuję pamiątkowe zeszyty, w których zapisywałam swoje pierwsze powieści. Gdy skończyłam osiemnaście lat publikowałam w internecie pod pseudonimem Anna Scott swoje pierwsze fanfiction oraz zaczęłam pisać “Teatr życia”, znany, jako “Widmo grzechu” i “Grzech pierworodny”. Jestem absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej, jednak nigdy nie pracowałam w swoim zawodzie. Miłośniczka książek Jane Austin, sióstr Bronte oraz wszelkich adaptacji filmowych z nimi związanych. Pisanie traktuję, jako spełnienie marzeń i drogę życia. 

Powiedz Tak! jest to drugi tom cyklu Właśnie Tak! gdzie od ostatnich wydarzeń minęło trochę już czasu. Teraz dowiadujemy się, że Stefcia przyjęła oświadczyny Michała i teraz nie pozostaje im nic innego jak sformalizować ich związek przysięgając sobie TAK przed urzędnikiem państwowym. Wszystko układa się jak najlepiej, lecz rodzina jej narzeczonego nie chce zaakceptować wybranki syna i brata. Nikt z nich nie ukrywa niechęci do dziewczyny, lecz za tym wszystkim kryje się drugie dno. Gdyż nagle w życiu Michała i Melanii pojawia się była żona i matka Klara. Ale to nie wszystko, co może jeszcze się w ich życiu wydarzyć. Jedne nowiny będą bardzo dobre inne trochę mniej szczęśliwe, lecz co to była by akcja jakby nic się nie działo?

Autorka kolejny raz zafundowała nam fenomenalną książkę, która rozpala, wzrusza i wzbudza wiele emocji. To właśnie dzięki tym, co zawiera w sobie ta książka jest pociągająca, elelktyzująca i ma w sobie coś takiego, dzięki czemu nie można jej odłożyć aż przeczytasz ostatnią stronę. Książkę przeczytałam w jeden dzień, co za tym idzie czyta się szybko i przyjemnie. Książka pod każdym względem jest precyzyjnie dopracowana a bohaterowie powieści przeżywają prawdziwe emocje, które są tak opisane abyśmy sami mogli je odczuć.

„Powiedz Tak!” to powieść o miłości, ale także o tajemnicach, o których szybko nie zapomnimy. Historia Stefani i Michała niesie w sobie bardzo ważne przesłanie mówiące o wybaczaniu a także o tym, że powinniśmy kierować się za głosem serca i nie bać się tego, co powiedzą inni. Jeśli skusicie się do przeczytania to zapraszam do przeczytania pierwszej części tak, aby być na bieżąco z przygodami Stefci, Michała i Melanii. Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
Jeśli odwiedzasz bloga i czytasz posty to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Będzie mi bardzo miło bo wtedy wiem, że moje starania nie poszły na marne.
Miłego czytania.
Beata