21 listopada 2018

Fragment II "Tylko Żywi Mogą Umrzeć"

Jazda zajęła nam ponad godzinę. Na dworze zrobiło się jasno, przez co zaczęłam odczuwać zmęczenie po nieprzespanej nocy. Zazwyczaj nie wychodziłam z domu bez fliżanki gorącej kawy, mimo to teraz musiałam poradzić sobie bez tego luksusu. Kilian zaparkował camaro i zgasił silnik.
– Kościół? – zdumiałam się, widząc cel naszej podróży.
– Aha – mruknął. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś religijna?
– Z pewnością bardziej niż ty – syknęłam. – Mieliśmy się przecież spotkać z demonem. Raczej żaden z nich pacierza tu nie odmawia.
– Pacierza może nie, ale niektóre z nich lubią te okolice, ponieważ wierzący ludzie są najlepszymi celami. Przychodzą tu, by modlić się o lepsze życie i powodzenie. – Wyjął kluczyk ze stacyjki. – To właśnie im najłatwiej wmówić, że zaczepiający ich człowiek, proponujący spełnienie marzeń, jest wysłannikiem bożym, że ich modły zostały wysłuchane. Sam przecież Lucyfer jest aniołem. Upadłym, bo upadłym, lecz jednak. 

– Spojrzał na mnie podejrzliwie, jednocześnie łapiąc za klamkę. – Doprawdy, zaczynam zadawać sobie pytanie, jakim cudem udało ci się trafć na jakiegokolwiek demona? Musiałaś chyba wpadać na same wyjątkowo niemrawe jednostki. Aż mi wstyd za własny gatunek…
Wysiadłam z samochodu, z impetem zatrzaskując drzwi.
– Znowu foch? – Oparł rękę na dachu. Cholera! Muszę się zebrać do kupy, bo wyglądam przy nim
jak jakaś pieprzona amatorka.
– Gdzie ten twój kumpel? – Zignorowałam jego komentarz.
– Chodź. – Uśmiechnął się, wskazując ręką na prawo. Przeszliśmy parę jardów. Na betonowych schodach prowadzących do świątyni siedział starszy żebrzący mężczyzna i opie
rał się ramieniem o mosiężną barierkę. Ściskał w dłoni styropianowy kubek po kawie czy innym ciepłym napoju, machał nim lekko na boki, tym samym wprawiając w ruch dźwięczące monety. Był brudny. Sprawiał wrażenie schorowanego, ale o dziwo
to nie smród uryny, a charakterystyczny, niesamowicie mocny zapach siarki przyciągnął moją uwagę.
– Witaj, Deamon – odezwał się Kilian, siadając obok niego. Parsknęłam śmiechem, na co obaj podnieśli głowy i spojrzeli na mnie pytająco.
– Jesteś demonem o imieniu Deamon? – wydusiłam z trudem.
– Co w tym dziwnego? – Mężczyzna ściągnął brwi.
– To tak, jakby nazwać psa Pieseł albo kota Koteł. – Zaśmiałam się panicznie.
– Czy ona właśnie porównała mnie do zwierzęcia? – Zmrużył oczy. Mogłabym powiedzieć, że próbował wyglądać groźnie, lecz przybrudzony wąs oraz opadająca na czoło wysłużona czapka wywoływały prędzej kolejną salwę śmiechu niż strach.
– Nie przejmuj się nią, ona jest trochę… – Kilian gwizdnął i zakręcił palcem wokół swojego ucha.
– Przepraszam – mruknęłam. Z wysiłkiem zdusiłam w sobie chęć do dalszych drwin.
– Co masz dla mnie? – zapytał rzeczowo Kilian. Zlekceważył mój wesoły nastrój, przenosząc zainteresowanie na Deamona.
– Nasz wspólny znajomy wrócił do miasta – wyjaśnił. – Prosił, żebym się z tobą skontaktował, aby umówić spotkanie.
– Kiedy i gdzie? – dopytał.
– Dziś w nocy, Lacy Park? – zasugerował demon.
– Pasuje. – Kilian przytaknął skinieniem głowy. – Przekaż mu, że nie będę sam. Deamon rzucił mi przelotne spojrzenie. Musiałam się coraz mocniej powstrzymywać, by nie skoczyć mu do gardła. Osobliwy swąd towarzyszący bezdomnym zniknął prawie całkowicie, 
a ja wyczuwałam już tylko demoniczną energię. Była niesamowicie silna. W porównaniu z nim, Kilian wyglądał jak jakaś marna jego namiastka. Jeśli to egzemplarz pierwszej kategorii, musiałam przyznać, że rzeczywiście nieczęsto trafałam na jednego z nich. Musiał być dobry. Cwana bestia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli odwiedzasz bloga i czytasz posty to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Będzie mi bardzo miło bo wtedy wiem, że moje starania nie poszły na marne.
Miłego czytania.
Beata