16 lipca 2019

K. Webster "Mój Torin" FRAGMENT POWIEŚCI III



ROZDZIAŁ 3

Casey
Lubię Tylera. Wciąż się uśmiecha i ma radosne oczy. Jednak wiem, że pod tym uśmiechem skrywa smutek, którego głębia przenika mnie aż do szpiku kości. Nie znam go na tyle dobrze, by móc go o to spytać, ale nie mogę przestać o tym myśleć.
            Gdy tylko wspomina o Torinie, nagle się zmienia. Jest dumny, ale zachowuje się tak, jakby się przed czymś bronił. Zastanawiam się, co może być nie tak z jego bratem. Przez te wszystkie lata, które spędziłam w zastępczych domach, poznałam upośledzone dzieci, więc to dla mnie nic nowego. Może niedługo powie mi coś więcej. Na razie zamierzam cieszyć się czasem spędzonym w restauracji, do której nie pasuję, siedząc naprzeciw mężczyzny, który byłby dla mnie idealny, gdybym tylko była po drugiej stronie swojego życia. Tej szczęśliwej. Tej, która rozpocznie się, gdy skończę osiemnaście lat.
            – Poproszę keczup – bełkoczę do kelnera, a on patrzy na mnie z przerażeniem. Jego oczy są wielkie jak spodki.
            Tyler się śmieje.
            – Proszę przynieść nam keczup – mówi do niego.
            Gdy kelner odchodzi, Tyler wskazuje mój stek.
            – Keczup nie będzie ci potrzebny. Zaufaj mi.
            Unoszę brew, a następnie zaczynam kroić mięso. Ładnie pachnie. Przez swoje niecałe osiemnaście lat życia nigdy nie jadłam czegoś podobnego. Moim najwytworniejszym posiłkiem był gulasz, który Guy przyrządził według przepisu otrzymanego od jednej matki z kliniki.
            Podnoszę kawałek steku do ust. Tyler przygląda mi się z niecierpliwością. Chce, aby mi smakował. Boże, mam nadzieję, że będzie mi smakował. Wsuwam go do ust i nagle przeżywam prawdziwą eksplozję niesamowitego smaku. Nie mogąc powstrzymać jęku przyjemności, zaczynam żuć mięso.
            – Dobre?
            – Rzeczywiście są najlepsze – zgadzam się z nim.
            – Wciąż chcesz oblać go keczupem?
            – Nigdy w życiu.
            Śmieje się. Lubię jego śmiech. Żaden dorosły człowiek nigdy nie chciał mnie lepiej poznać lub zrozumieć. Nikt nigdy nie spytał mnie o zdanie, czy zainteresował się tym, czego pragnę.
            Nikt oprócz Tylera.
            On wydaje się szczerze pragnąć mojego szczęścia.
            Nie jestem w stanie tego zrozumieć.
            Kiedy jemy posiłek, zastanawiam się, z jakich innych powodów chciałby właśnie taką dziewczynę jak ja. Może skłamał, gdy mówił, że nie handluje żywym towarem lub ludzkimi organami. A może mówi prawdę. A co, jeśli to wszystko okaże się jeszcze prostsze i może po prostu chce, żebym z nim sypiała? Bardzo chciałabym być tym zdegustowana, ale nie mogę zaprzeczyć, że to dość przyjemna wizja. Nie żebym kiedyś w ogóle uprawiała seks albo ktoś tak przystojny i bogaty zainteresował się kimś takim jak ja.
            – Opowiedz mi o sobie, Casey.
            Mogę dużo o sobie powiedzieć. Uwielbiam czytać. Moją sekretną słabością są prowokujące do myślenia książki. Muzyka koi moją duszę. Uwielbiam ciepło. Nienawidzę śniegu. Nie znoszę wakacji, bo wtedy jestem dręczona wszystkim tym, czego nigdy nie miałam. Najmniej lubię zajęcia z angielskiego, bo podczas nich omawiamy same nudne teksty, a ja lubię przemoc, seks i krew w literaturze. Najbardziej lubię matematykę. Gdy myślę o liczbach, rozumiem je. Zawsze chciałam mieć zwierzaka, ale w żadnym z domów, w których mieszkałam, nikt nigdy mi na to nie pozwolił.
            Jednak nie wyznam mu żadnej z tych rzeczy.
            – Uwielbiam kosmiczne ciasteczka – mówię.
            Tyler mruży oczy.
            – Kosmiczne ciasteczka?
            – To o nie toczą się wszystkie wojny. To o nie spiera się wszechświat. To właśnie nimi wyrażamy szczęście w każdym z istniejących języków. – Szczerzę się, a on kręci głową.
            – A gdzie mogę dostać te kosmiczne ciasteczka? Zaczekaj – przerywa nagle. – Mówisz o ciastkach z marihuaną?
            Wybucham śmiechem, a gość z czerwoną twarzą gromi mnie wzrokiem.
            – Nie! To zwykłe ciasteczka. Guy czasami je kupuje, ale nigdy nie starczają na długo. Dzieciaki się o nie biją.
            – Powiem Ethel, by je kupiła – zapewnia mnie.
            – Ethel? To twoja żona? – Serce przestaje mi bić. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że on może mieć rodzinę. Nie zauważyłam obrączki, ale to przecież nie musi niczego oznaczać.
            – Nie, nie jestem żonaty. Ethel jest naszą kucharką i gosposią.
            Wow. Naprawdę ma sporo kasy. Muszę o tym pamiętać.
            – Rozumiem.
            – Powiedziałaś mi o ciasteczkach, ale chyba zastanawiasz się nad czymś innym. Czyżby te myśli nie chciały wyjść na zewnątrz, czy może po prostu wolisz odsłonić tylko kawałek siebie? – pyta, mrużąc oczy, jakby chciał mnie zrozumieć.
            Powodzenia.
            Sama ledwie siebie rozumiem.
            – Zwykle mówię ludziom to, co chcą usłyszeć – przyznaję.
            Tyler zaciska usta, wbijając we mnie surowe spojrzenie.
            – Mnie musisz powiedzieć wszystko, Casey.
            No dobrze.

– Dziwnie się czuję – mówię, gdy muskam palcami jedwabisty materiał.
            – Dlatego, że kupuję ci ubrania?
            Kiwam głową, ale nie patrzę na niego. Obiad w restauracji był fajny i odprężający, ale teraz powietrze jest naładowane oczekiwaniami. Nie wiem, co mam zrobić ani jak powinnam się zachowywać. Sprzedawczyni wciąż posyła mi pogardliwe spojrzenia, ale gdy Tyler ją o coś pyta, cała promienieje.
            – Mają tu coś wygodnego? – pytam go po kilku minutach.
            Podchodzi do mnie i rozgląda się wokół.
            – Ach, to przecież nie do końca jest twój styl, prawda?
            – Nie.
            – Wybacz mi. – Oddycha ciężko. – Niezbyt znam się na kobietach.
            Rumienię się, gdy sugeruje, że dla niego jestem kobietą. Ludzie różnie mnie nazywali, ale nikt nigdy nie nazwał mnie kobietą. Byłam dzieciakiem, dziewczyną, francą, ale nigdy kobietą.
            – Zauważyłam jedno miejsce po drodze – mamroczę, po czym szybko wychodzę ze sklepu.
            Tyler bez wysiłku mnie dogania. Zmierzam w kierunku sklepu w centrum handlowym, o którym tyle słyszałam w szkole. Ten sklep jest dla ludzi takich jak ja. Dobiega z niego głośna rockowa muzyka, a na pomalowanych na czarno ścianach wiszą bluzy oraz koszulki z logo zespołów. Kiedy wchodzimy do środka, facet z dwoma kolczykami w ustach i słowem „Harmonia” wytatuowanym na policzku podchodzi do nas.
            – W czym mogę pomóc?
            – Ona potrzebuje czegoś ciepłego – mówi Tyler.
            – Dziękuję, poradzę sobie. – Kiwam głową.
            – Jeśli ty lub twój tata będziecie czegoś potrzebować, daj mi znać.
            Na dźwięk tych słów serce podchodzi mi do gardła. Ja nie mam ojca. Nie mam nikogo. Tyler nie protestuje i nie oznajmia, że nie jestem jego córką, a ja przez krótką chwilę jestem mu za to wdzięczna. Kiedy robimy zakupy, przez sekundę udaję, że rzeczywiście nią jestem.
            – Nadchodzi zima? – pyta, pokazując mi bluzę z Jonem Snowem.
            – Nie musisz mi o tym przypominać – odpowiadam ze śmiechem. Po kilku minutach znajduję bluzę, która mi się podoba. – Chcę tę.
            Tyler przeszukuje stosik bluz, po czym wyciąga mniejszy rozmiar.
            – Ta powinna na ciebie pasować.
            – Okej – mówię. – To wszystko.
            Patrzy się na mnie, jakbym postradała zmysły.
            – Nie ma mowy. Wybrałaś tylko jedną bluzę.
            – Dobrze, tato. – Śmieję się.
            Macha do sprzedawcy.
            – Poproszę każdą bluzę w tym stylu w mniejszym rozmiarze – mówi. Sprzedawca jest zaskoczony.
            – Mamy przynajmniej dwadzieścia takich – oświadcza.
            – Chcę wszystkie. Czy może mi pan pokazać, gdzie są inne ciepłe rzeczy?
            – Oczywiście. Są tutaj.
            Tyler i ja buszujemy w skarpetkach z zabawnymi nadrukami. Każda para ma inny kolor. Większość to podkolanówki, które uwielbiam. Potem przeglądamy piżamy. Są po prostu absurdalne, ale i tak je uwielbiam. Znajdujemy nawet ciepłe spodnie, w których można spać. Następnie wybieram też kilka par dżinsów. Kiedy zakupy dobiegają końca, zaczynam się martwić, że to wszystko będzie sporo kosztowało.
            – Casey, mogłabyś skoczyć do sklepu ze słodyczami i kupić mi ogniste cukierki? Zaraz tam przyjdę. Nie krępuj się i weź też coś dla siebie.
            Tyler nie chce, abym usłyszała, ile zapłaci za moje ubrania. Tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Chwytam dwa dwudziestodolarowe banknoty, które mi podaje, po czym wkładam je do kieszeni bluzy, a następnie idę prosto do sklepu ze słodyczami. Wrzucam do małej siateczki ogniste cukierki, zawiązuję ją, a potem chwytam kolejną i wrzucam do niej tropikalne Skittlesy.
            – Te siateczki szybko się wypełniają. Może powinnaś zwolnić – mówi do mnie starszy mężczyzna siedzący za ladą.
            Tyler dał mi sporo pieniędzy, więc stać mnie na te słodkości. Ignoruję starszego pana i wrzucam cukierki do siateczki.
            – Panienko. – Głos mężczyzny staje się ostrzejszy.
            Zawiązuję siateczkę z cukierkami, po czym podchodzę do półki, na której znajdują się czekoladowe kuleczki.
            – Panienko. – Starszy mężczyzna ponownie zwraca się do mnie ostrym tonem. – Muszę cię poprosić o opuszczenie sklepu.
            – Dlaczego? – Wbijam w niego wzrok.
            – Ten sklep jest dla klientów, którzy mogą sobie pozwolić na zakup tych słodyczy.
            – Policzyłam, że będą kosztować trzydzieści osiem dolarów – cedzę przez zaciśnięte zęby. Zawiązawszy ostatnią siateczkę, kładę ją na wadze stojącej na ladzie i rzucam obok dwie dwudziestki.
            Starszy mężczyzna podlicza rachunek.
            – Razem to będzie czterdzieści jeden dolarów i czterdzieści trzy centy.
            Chcę mu powiedzieć, by odliczył czekoladowe kuleczki, ale nie zdążam tego zrobić, ponieważ ktoś kładzie na ladzie dwa dolary. Patrzę na Tylera z wdzięcznością. Staruszek prostuje się, po czym wydaje mi resztę. Tyler podnosi siatki ze słodyczami, wskazując głową na wyjście.
            Krzywiąc się, zabieram mu słodycze, po czym kieruję się w stronę drzwi.
            – Jeśli jeszcze raz potraktuje pan kogoś w ten sposób, to kupię ten sklep tylko po to, aby pana zwolnić – syczy Tyler do sprzedawcy.
            W całym swoim dotychczasowym życiu nigdy nie uśmiechnęłam się tak szeroko, jak w tej chwili.

(obrazek)

Kupił mi bardzo drogie auto, które jest tak luksusowe, że boję się nawet na nie spojrzeć. Teraz należy do mnie. A przynajmniej będzie należało od dnia, w którym skończę osiemnaście lat. To kolejna obietnica Tylera, w którą chcę wierzyć.
            Sprzedawca powiedział, że dostarczą je za tydzień, ale przecież ja i tak nie umiem prowadzić.
            Nieważne.
            – Casey. – Tyler zwraca się do mnie, kiedy już jesteśmy w jego samochodzie.
Kiedy odwracam się w jego stronę, zauważam, że jest spięty i zdenerwowany. Również zaczynam się denerwować, zwłaszcza że zjeżdżamy z głównej drogi w ciemną, krętą uliczkę otoczoną z obu stron drzewami.
            – Tak?
            Tyler masuje kark, spoglądając na mnie. Jego oczy są pełne bólu.
            – To może się nie spodobać Torinowi. On jest przyzwyczajony do swojego harmonogramu i rutyny, i… – Przerywa, po czym wzdycha. – Wiem jednak, że tego potrzebuje. Obiecaj mi, że z nami zostaniesz. Jeśli poczujesz się niekomfortowo, porozmawiaj ze mną, zanim podejmiesz pochopną decyzję, dobrze?
            Zaczynam szczękać zębami, ale nie z zimna. Jestem zaniepokojona tym, co usłyszałam. Tyler podkręca temperaturę w samochodzie. Ten gest sprawia, że cały mój niepokój ulatuje, jak powietrze z przebitego balonu.
            – Obiecuję.
            Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, po czym przez następne kilka minut jedziemy w ciszy. Kiedy docieramy na miejsce, jestem bardzo zdumiona. Dom Tylera jest tak ogromny, że brakuje mi tchu. Nigdy nie widziałam tak dużej posiadłości.
            – Mieszkasz w zamku! – wykrzykuję. Serce wali mi w piersi. Co prawda większość zamków jest zbudowana z cegieł, ale to wciąż jest zamek. Nawet jeśli jest z drewna.
            Tyler śmieje się, zatrzymując samochód na podjeździe.
            – Nie powiedziałbym, że mieszkam w zamku, ale tak, to jest mój dom.
            Wyłączywszy silnik, sięga do kieszeni marynarki.
            – Proszę. To dla ciebie.
            Biorę iPhone'a, który mi wręcza, i wpatruję się w niego.
            – Co to?
            – Dzięki temu będę mógł w każdej chwili się z tobą skontaktować. Chcę, żebyś zawsze miała go przy sobie i mogła do mnie zadzwonić lub napisać, jeśli nie będzie mnie w domu.
            Czuję nagły atak paniki, który rozlewa się w moim żołądku niczym chmara robaków.
            – Dobrze.
            Chcę mu powiedzieć, że mnie przeraża, ale nie potrafię tego z siebie wydusić. Kiedy patrzę na niego, mruży oczy, po czym kładzie dłoń na mojej ręce.
            – To się uda. To musi się udać.
            Po tych słowach wysiada z samochodu, podchodzi do drzwi od strony pasażera i je otwiera. Na schodach prowadzących do domu pojawia się wysoki starszy pan, który kiwa głową na powitanie.            – Lokaj. Nieźle – szepczę pod nosem. Tyler chichocze.
            – Lepiej nie nazywaj tak Ronniego w jego obecności.
            – A na jakim stanowisku tutaj pracuje?
            – Jest pomocą domową.
            – Brzmi lepiej niż lokaj – mówię, zmierzając za Tylerem do domu.
            W całej posiadłości panuje mrok, ale jest ciepło.
            – Strasznie tu ciemno – oznajmiam, gdy prowadzi mnie do pomieszczenia z rozpalonym kominkiem, nad którym wisi ogromny portret rodzinny.
            Od razu rozpoznaję uśmiech Tylera. Na obrazie jest małym chłopcem, ma siedem lub osiem lat, a jego młodszy brat jest dzieckiem, które ma najwyżej roczek. Poza maleństwem wszystkie osoby uśmiechają się, wyglądają na szczęśliwe. Ojciec czule obejmuje swoją śliczną żonę, a drugą dłoń trzyma na ramieniu Tylera.
            To rodzina.
            Nie wiem, jak się czuje ktoś, kto ma prawdziwą rodzinę.
            Mogę sobie tylko wyobrazić, że czuje ciepło i jest szczęśliwy.
            Pewnego dnia chciałabym mieć własną rodzinę.
            – To stary dom – mówi Tyler. W jego głosie słyszę, że jest odrobinę spięty. – Wybudowano go specjalnie dla jego poprzednich właścicieli.
            – Nieźle.
            Przygląda mi się, mrużąc oczy.
            – Casey, w tym domu nie ma okien.

2 komentarze:

  1. Podeślę przyjaciółce link do tego posta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapowiada się ciekawie :)
    Pozdrawiam, Pola
    www.czytamytu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Jeśli odwiedzasz bloga i czytasz posty to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Będzie mi bardzo miło bo wtedy wiem, że moje starania nie poszły na marne.
Miłego czytania.
Beata