31 sierpnia 2019

„MAGIA CIERNI” MARGARET ROGERSON - FRAGMENT POWIEŚCI II



2

ELISABETH OPADŁA NA oparcie, podziwiając widok ze swojego biurka.
Przydzielono ją do zatwierdzania przenosin książek na drugim piętrze, skąd rozciągał się widok na cały westybul biblioteki. Promienie słońca wpadały przez rozetę umieszczoną wysoko ponad frontowymi drzwiami, rzucając plamy rubinu, szafiru i szmaragdu na brązowe balustrady okrągłych balkonów. Regały z książkami wznosiły się ku łukowemu sklepieniu sześć kondygnacji wyżej, tworząc coraz wyższe rzędy,przywodzące na myśl piętrowy tort weselny albo kolejne poziomy amfiteatru. Szepty niosły się echem po sali, czasem przerywane krótkim kaszlem lub odgłosem chrapania. Większość z tych dźwięków nie pochodziła od odzianych w niebieskie szaty bibliotekarzy przechadzających się tam i z powrotem po wyłożonej płytkami posadzce,lecz od mamroczących na półkach grymuarów.
Kiedy odetchnęła, płuca wypełniła jej słodka woń pergaminu i skóry. Pyłki kurzu unosiły się w promieniach słońca, całkowicie nieruchome, jak płatki złota zastygłe w żywicy. Tymczasem chybotliwe stosy dokumentów na biurku wyglądały, jakby miały lada chwila runąć i pogrzebać ją w lawinie zlekceważonych podań o przeniesienie.
Niechętnie oderwała uwagę od otoczenia i skupiła się na imponujących stertach. Wielka Biblioteka w Summershall była jedną z sześciu Wielkich Bibliotek królestwa, rozmieszczonych w równych odstępach na obwodzie Austermeer. Inkaustowe Trakty łączyły je z położoną pośrodku stolicą niczym szprychy koła.Bibliotekę w Summershall od najbliższych sąsiadów dzieliły pełne trzy dni drogi, a przewożenie grymuarów z jednego przybytku do drugiego bywało kłopotliwe. Niektóre woluminy darzyły się nawzajem tak głęboką awersją, że znalazłszy się w promieniu kilku mil od siebie,zaczynały wyć albo stawały w płomieniach. Gdzieś na pustkowiach Dzikich Rubieży znajdował się nawet krater wielkości domu,powstały w miejscu, gdzie dwie księgi starły się w sporze o kwestie doktryny taumaturgicznej.
Jako nowicjuszce, Elisabeth powierzono zatwierdzanie przenosin grymuarów klas od pierwszej do trzeciej. Grymuary klasyfikowano w ramach dziesięciostopniowej skali,w zależności od poziomu ryzyka, jaki sobą przedstawiały;księgi od klasy czwartej wzwyż wymagały szczególnych restrykcji. W Summershall w ogóle nie trzymano grymuarów klasy wyższej niż ósma.
Elisabeth zamknęła oczy i sięgnęła po dokument ze szczytu stosu. „Knockfeld” –spróbowała odgadnąć, mając na myśli sąsiednią bibliotekę położoną na północny wschód od Summershall.
Jednak gdy odwróciła dokument, zobaczyła, że to podanie z Biblioteki Królewskiej. Nic niezwykłego; tam właśnie szły ponad dwie trzecie ksiąg, z którymi miała do czynienia. Któregoś dnia może ona spakuje swoje rzeczy i również się tam uda. Biblioteka Królewska dzieliła tereny w sercu stolicy z Kolegium, więc kiedy nie byłaby akurat zajęta szkoleniem, mogłaby zwiedzać jej gmach. W jej wyobrażeniach korytarze biblioteki ciągnęły się całymi milami, pełne książek, przejść i ukrytych komnat mieszczących w sobie wszystkie sekrety wszechświata.
Najpierw jednak musiała uzyskać aprobatę dyrektorki. Minął tydzień od ich nocnej wyprawy do krypty, a ona wciąż nie była bliższa zrozumienia otrzymanej rady.
Nadal doskonale pamiętała moment,w którym postanowiła zostać strażniczką. Miała wtedy osiem lat i kryła się właśnie w tajnych przejściach biblioteki,żeby uniknąć jednego z wykładów mistrza Hargrove’a. Nie była w stanie znieść kolejnej godziny wiercenia się na taborecie w dusznym składziku przerobionym na salę lekcyjną, recytując deklinacje w Starej Mowie. Nie tamtego popołudnia,kiedy lato biło pięściami w ściany biblioteki, a powietrze było gęste jak miód.
Pamiętała, jak pot ściekał jej po plecach,gdy na czworakach przedzierała się przez pajęczyny wypełniające przejście. Ono przynajmniej było ciemne, osłonięte od palącego słońca. Złocista poświata wpadająca przez szpary w podłodze wystarczała, aby widzieć w miarę dobrze i unikać przemykających w koło wszy książkowych,uciekających w popłochu z naruszonych przez nią gniazd. Niektóre, objedzone zaczarowanym pergaminem, były wielkie jak szczury.
Gdyby tylko mistrz Hargrove zgodził się zabrać ją do miasta. Leżało u stóp wzgórza, zaledwie pięć minut drogi przez sad. Na targu zawsze roiło się od ludzi sprzedających wstążki, jabłka słodki krem, a czasem zjawiali się ze swoimi towarami podróżnicy spoza Summershall. Raz słuchała tam gry na akordeonie i oglądała tańczącego niedźwiedzia;widziała nawet, jak jakiś człowiek demonstrował lampę,której knot palił się bez oliwy. W książkach z sali lekcyjnej nie znalazła wyjaśnienia, jak działa taka lampa, założyła więc, że była magiczna, czyli zła.
Może właśnie dlatego mistrz Hargrove nie lubił zabierać jej do miasta. Gdyby natknęła się na czarownika poza bezpiecznymi murami biblioteki, tamten mógłby ją porwać. Mała dziewczynka taka jak ona bez wątpienia dobrze by się sprawdziła jako ofiara w jakimś demonicznym rytuale.
Jakieś głosy wyrwały Elisabeth z zamyślenia. Dobiegały dokładnie spod niej. Jeden należał do mistrza Hargrove’a, a drugi…
Dyrektorka.
Serce zabiło jej mocniej. Przywarła do podłogi, aby spojrzeć przez dziurę po sęku;wpadający przez nią promień światła zalśnił w jej splątanych włosach. Nie widziała zbyt wiele: zaledwie skrawek zawalonego papierami biurka w rogu nieznanego jej gabinetu. Na myśl, że być może to gabinet dyrektorki,tętno przyspieszyło jej z podekscytowania.
– To już trzeci raz w tym miesiącu – mówił właśnie Hargrove –i sam już nie wiem, co począć. Ta dziewczyna jest na wpół dzika. Znika, diabli wiedzą gdzie, pakuje się we wszelkie możliwe tarapaty – nie dalej jak w zeszłym tygodniu wpuściła do mojej sypialni całą skrzynię wszy książkowych!
Elisabeth o mało nie wykrzyknęła przecząco przez dziurę. Zbierała te wszy, żeby je badać, a nie wypuszczać na wolność. Ich strata stanowiła dla niej wielki cios.
Nie mniej kolejne słowa Hargrove’a sprawiły, że zupełnie zapomniała o wszach.
– Mam poważne wątpliwości, czy to słuszna decyzja, aby wychowywać dziecko w Wielkiej Bibliotece. Z pewnością ten, kto zostawił ją na naszym progu,wiedział, że mamy w zwyczaju przyuczać znajdy do zawodu. Przyjmujemy jednak tylko chłopców i dziewczęta, którzy ukończyli trzynaście lat. Niechętnie przyznaję strażnikowi Finchowi rację w jakiejkolwiek sprawie, ale uważam, że powinniśmy wziąć pod rozwagę to, co od zawsze powtarza: że być może mała Elisabeth lepiej by się miała w sierocińcu.
Były to niepokojące słowa, lecz Elisabeth słyszała je nie po raz pierwszy. Znosiła te uwagi, wiedząc, że wola dyrektorki gwarantowała jej miejsce w bibliotece. Dlaczego, tego już nie wiedziała. Dyrektorka rzadko się do niej odzywała. Była odległa i nieprzystępna jak księżyc, i podobnie jak on tajemnicza. W oczach Elisabeth decyzja dyrektorki, aby ją przygarnąć,miała w sobie coś niemal mistycznego, baśniowego. Nie można jej było kwestionować ani unieważnić.
Wstrzymując oddech, czekała, aż dyrektorka sprzeciwi się sugestii Hargrove’a. Dziewczynka poczuła mrowienie na skórze w oczekiwaniu na dźwięk jej głosu.
Zamiast tego dyrektorka powiedziała:
– Ja również się nad tym zastanawiałam, mistrzu Hargrove. Niemal każdego dnia przez ostatnich osiem lat.
Nie – to nie mogła być prawda. Krew zastygła Elisabeth w żyłach,a dudnienie w uszach prawie zagłuszyło dalsze słowa.
– Wtedy, przed laty, nie wzięłam pod uwagę, jak może na nią wpłynąć dorastanie bez towarzystwa innych dzieci w jej wieku. Najmłodsi nowicjusze wciąż są od niej o pięć lat starsi. Czy wykazała jakiekolwiek zainteresowanie nawiązaniem z nimi przyjaźni?
– Obawiam się, że próbowała, ale z niewielkim skutkiem – odparł Hargrove. –Chociaż sama może nie zdaje sobie z tego sprawy. Niedawno usłyszałem, jak nowicjusz tłumaczy jej,że zwykłe dzieci mają matki i ojców. Biedna Elisabeth nie miała pojęcia, o co mu chodziło. Radośnie odpowiedziała, że ma dużo książek, które dotrzymują jej towarzystwa.
Dyrektorka westchnęła.
– Jej przywiązanie do grymuarów jest...
– Niepokojące? Zaiste. Obawiam się, że jeśli nie dokucza jej brak towarzystwa, to dlatego, że w miejsce ludzi postrzega książki jako swoich przyjaciół.
– Niebezpieczny sposób myślenia. Ale też biblioteki to niebezpieczne miejsca. Nic się na to nie poradzi.
– Sądzi pani, że zbyt niebezpieczne dla Elisabeth?
„Nie” – błagała Elisabeth w myślach. Wiedziała, że książki zgromadzone w Wielkiej Bibliotece nie były zwyczajne. Szeptały na półkach i dygotały w żelaznych okowach;niektóre pluły tuszem i miotały się w napadach złości,inne śpiewały do siebie wysokim, czystym głosem w bezwietrzne noce, kiedy światło gwiazd wpadało przez zakratowane okna biblioteki jak słupy rtęci. Jeszcze inne były tak niebezpieczne, że trzeba je było przechowywać w podziemnej krypcie, w szkatułach pełnych soli. Nie wszystkie były jej przyjaciółmi. Zdawała sobie z tego sprawę.
Ale odesłać ją z biblioteki to jak umieścić grymuar pośród zwykłych, nieożywionych książek,które nie poruszały się ani nie mówiły. Gdy po raz pierwszy taką zobaczyła, pomyślała, że książka umarła. Nie mogła pójść do sierocińca, czymkolwiek on był. Oczami wyobraźni widziała go jako miejsce podobne do więzienia, szare i spowite kłębami wilgotnej mgły, z zakratowaną bramą podobną do tej w wejściu do krypty. Na tę wizję przerażenie ścisnęło ją za gardło.
– Czy wiesz, dlaczego Wielkie Biblioteki przyjmują sieroty, mistrzu Hargrove? –zapytała w końcu dyrektorka. –Dlatego, że nie mają domu ani rodziny. Nikt nie będzie za nimi tęsknił, jeśli zginą. Zastanawiam się, czy może...jeśli Scrivener przetrwała tak długo, czy nie oznacza to, że tego właśnie chciała biblioteka. Być może lepiej jest nie naruszać jej więzi z tym miejscem, cokolwiek z niej wyniknie.
– Mam nadzieję, że się pani nie myli –powiedział łagodnie mistrz Hargrove.
– Ja również. –W głosie dyrektorki brzmiało znużenie. –Dlajej dobra i dla naszego.
Elisabeth czekała, wytężając słuch, ale rozważania nad jej losem zdawały się zakończone. Z dołu dobiegły ją kroki i szczęk zamykanych drzwi.
Została ułaskawiona – na razie. Jednak na jak długo? Jej świat zatrząsł się w posadach zdawało się, że cała reszta jej życia mogła w każdej chwili leć w gruzach. Wystarczy jedna decyzja dyrektorki,a zostanie odesłana na zawsze. Nigdy dotąd nie czuła się tak niepewna, tak bezradna, tak nieważna.
Właśnie wtedy, klęcząc pośród kurzu i pajęczyn,złożyła przysięgę, chwytając się jedynej dostępnej deski ratunku. Jeśli dyrektorka nie miała pewności,czy Wielka Biblioteka to dobre miejsce dla Elisabeth, to ona będzie po prostu musiała tego dowieść. Pójdzie w jej ślady i zostanie wspaniałą, potężną strażniczką. Pokaże wszystkim, że tutaj jest jej miejsce,aż nawet strażnik Finch będzie zmuszony to zaakceptować.
Przede wszystkim...
Przede wszystkim przekona ich,że zatrzymanie jej nie było błędem.
– Elisabeth –syknął czyjś głos. – Elisabeth! Zasnęłaś?
Poderwała się z przestrachem, a wspomnienie umknęło szybko jak woda znikająca w odpływie. Rozejrzała się, aż odkryła, skąd pochodził głos. Dziewczęca twarz wyglądała spomiędzy dwóch pobliskich regałów.Warkocz ześlizgnął się za ramię, gdy jego właścicielka zerknęła, czy w pobliżu nie widać nikogo innego. Dziewczyna nosiła okulary,których szkła powiększały jej ciemne, bystre oczy, a brązową skórę przedramion znaczyły pospiesznie nabazgrane notatki, widoczne spod krawędzi rękawów. Tak jak Elisabeth, na szyi zawieszony miała łańcuszek z kluczem, lśniącym jasno na tle bladoniebieskich szat nowicjuszki.
Los chciał, że Elisabeth w końcu znalazła sobie przyjaciółkę. Poznała Katrien Quill Worthy w wieku trzynastu lat, w dniu, kiedy obie rozpoczęły naukę. Żaden z pozostałych nowicjuszy nie chciał dzielić pokoju z Elisabeth, ze względu na plotki, jakoby trzymała pod łóżkiem całe pudło wszy książkowych. Katrien jednak zainteresowała się nią właśnie z tego powodu.
– Oby to była prawda –powiedziała. –Chciałam je poddać eksperymentom, odkąd po raz pierwszy o nich usłyszałam. Podobno są odporne na czary – wyobrażasz sobie, co to może znaczyć dla nauki?
Od tamtej pory były nierozłączne.
Elisabeth ukradkiem odsunęła papiery na bok.
– Coś się dzieje? –wyszeptała.
– Jesteś chyba jedyną osobą w Summer shall,która nie wie, co się dzieje. Nie wyłączając Hargrove’a, który cały poranek spędził w wychodku.
– Czyżby strażnik Finch został zdegradowany? –zapytała z nadzieją.
Katrien wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
– Jeszcze nad tym pracuję. Na pewno w końcu znajdę na niego jakiegoś haka. Gdy tak się stanie, dowiesz się o tym pierwsza. –Od lat miała ambicję pogrążyć strażnika Fincha. – Nie, chodzi o magistra. Zjawił się właśnie, żeby odwiedzić kryptę.
Elisabeth o mało nie spadła z krzesła. Rozejrzała się, po czym dała susa za regał i stanęła pochylona obok Katrien. Jej przyjaciółka była tak niska,że inaczej Elisabeth widziałaby tylko czubek jej głowy.
– Magister? Jesteś pewna?
– Absolutnie. Nigdy nie widziałam strażników tak spiętych.
Teraz, kiedy Elisabeth o tym pomyślała, znaki widoczne od rana zdawały się oczywiste. Strażnicy chodzili z zaciśniętymi ustami i z dłońmi na rękojeściach mieczy. Nowicjusze zbierali się w grupki na korytarzach, szeptali po kątach. Nawet grymuary zdawały się bardziej nerwowe niż zwykle.
Magister. Dreszcz strachu przebiegł ją od stóp do głów,jak nuta drżąca na strunach harfy.
– Co to ma wspólnego z nami? –zapytała. Żadna z nich nie widziała nigdy nawet zwykłego czarownika. W tych rzadkich przypadkach, gdy odwiedzali Summer shall, strażnicy wpuszczali ich przez specjalne drzwi i prowadzili prosto do czytelni. Z pewnością magistra traktowano z jeszcze większą ostrożnością.
Katrien zaświeciły się oczy.
– Stefan założył się ze mną, że magister ma spiczaste uszy i racice. Myli się, naturalnie, ale muszę to jakoś udowodnić. Będę szpiegować tego magistra. A ciebie potrzebuję, żebyś potwierdziła moją relację.
Elisabeth gwałtownie wciągnęła powietrze. Odruchowo zerknęła na opuszczone biurko.
– Żeby to zrobić, musiałybyśmy iść tam, gdzie nam nie wolno.
– A Finch nadziałby nasze głowy na włócznie,gdyby nas przyłapał – skończyła za nią Katrien. –Ale nie przyłapie. Nie wie o sekretnych przejściach.
Tym razem wyjątkowo to nie Finch był największym zmartwieniem Elisabeth. Przez myśl przemknął jej obraz przekrwionych, wyłupiastych gałek Księgi oczu. Każda z nich mogła wcześniej należeć do kogoś takiego jak ona czy Katrien.
– Jeśli przyłapie nas magister –powiedziała –zrobi nam coś jeszcze gorszego.
– Wątpię. Reformy zakazały czarownikom zabijania ludzi, chyba że w samoobronie. Co najwyżej sprawi, że wypadną nam włosy albo pokryjemy się wrzodami. –Poruszyła zachęcająco brwiami. –No weź. Taka okazja może się już nie przytrafić. Przynajmniej nie mnie. Kiedy niby miałabym zobaczyć magistra? Ile nadarzy się szans,żeby doświadczyć magicznych wrzodów?
Katrien chciała zostać archiwistką, nie strażniczką. W swojej pracy nie miałaby do czynienia z czarownikami. Natomiast Elisabeth...
Żar zapłonął jej w piersi. Katrien miała rację; to naprawdę doskonała okazja. Dopiero co postanowiła dać z siebie więcej, aby zaimponować dyrektorce. Strażnicy nie obawiali się czarowników, a im więcej się o nich dowie, tym lepiej będzie przygotowana.
– W porządku –powiedziała, prostując się. –Najprawdopodobniej zabiorą go do wschodniej czytelni. Tędy.
Klucząc wraz z Katrien między półkami, Elisabeth otrząsnęła się z resztek wątpliwości. Starała się przestrzegać zasad, ale jakimś dziwnym trafem jej wysiłki zawsze spełzały na niczym. Ledwie w zeszłym miesiącu wydarzyła się ta katastrofa z żyrandolem w refektarzu – przynajmniej nos starej mistrzyni Bellwether wyglądał już prawie normalnie. Albo ten raz, gdy rozchlapała dżem truskawkowy na...cóż. Lepiej nie wracać do tamtych wspomnień.
Kiedy dotarły do popiersia Corneliusa Mądrego,którego Elisabeth używała jako punktu orientacyjnego, rozejrzała się za znajomą szkarłatną oprawą. Wypatrzyła ją w połowie wysokości regału.Wypisany na złoto tytuł był zbyt wytarty, aby dał się odczytać. Grymuar przywitał ją sennym szelestem kartek,gdy sięgnęła do góry i podrapała go we właściwy sposób. Z wnętrza regału dobiegł szczęk, jakby odskoczył zamek,następnie cały ciąg półek obrócił się, odsłaniając pełne kurzu przejście.
– To nie do wiary, że działa tylko, kiedy ty to robisz – stwierdziła Katrien,gdy pochylone weszły do środka. –Próbowałam go drapać dziesiątki razy. Stefan też.
Elisabeth wzruszyła ramionami. Ona także tego nie rozumiała. Skupiona na tym, żeby nie kichnąć,prowadziła Katrien wąskim, krętym korytarzem, odgarniając pajęczyny zwieszające się z krokwi niczym widmowe girlandy. Przejście kończyło się za gobelinem wiszącym w czytelni. Przystanęły, nasłuchując, aby się upewnić, że pomieszczenie jest puste,po czym wygramoliły się zza ciężkiej tkaniny, kaszląc w rękawy.
Nowicjuszom nie wolno było wchodzić do czytelni. Elisabeth zarazem z ulgą i rozczarowaniem odkryła,że pokój wydawał się całkiem zwyczajny. Wnętrze urządzono po męsku, z dużą ilością polerowanego drewna i ciemnej skóry. Przed oknem stało wielkie, mahoniowe biurko, a kilka skórzanych foteli otaczało kominek, w którym płonęły drwa. Akurat kiedy weszły,polano pękło z trzaskiem,tryskając snopem iskier. Elisabeth aż podskoczyła.
Katrien nie traciła czasu. Podczas gdy Elisabeth rozglądała się po pokoju, ona ruszyła prosto do biurka i zaczęła przeglądać zawartość szuflad.
– W imię nauki –wyjaśniła.Często mówiła tak tuż przed tym, zanim coś wybuchło.
Elisabeth skierowała się w stronę paleniska.
– Co to za zapach? To nie ogień, prawda?
Katrien przerwała i wciągnęła nosem powietrze.
– Dym z fajki? –zasugerowała.
Nie – to było coś innego. Węsząc zawzięcie, Elisabeth stwierdziła, że zapach pochodzi z jednego z foteli. Pochyliła się nad nim i wzięła głęboki wdech, natychmiast się jednak odsunęła, czując zawroty głowy.
– Elisabeth! Nic ci nie jest?
Gwałtownie chwytała świeże powietrze, mrugając załzawionymi oczyma. Żrący odór tak oblepił jej język,że niemal czuła jego smak. Była tonie naturalna woń spalenizny;wyobrażała sobie, że tak pachniałby palący się metal, gdyby metal mógł płonąć.
– Chyba tak –wyrzęziła.
Katrien otwarła usta, aby coś powiedzieć, po czym rzuciła szybkie spojrzenie w stronę drzwi.
– Słuchaj. Idą tu.
Pospiesznie wcisnęły się za rząd regałów ustawionych wzdłuż ściany. Katrien zmieściła się bez problemu, ale Elisabeth było tam ciasno. Już jako czternastolatka była najwyższą dziewczyną w Summer shall. Dwa lata później górowała nad większością chłopaków. Przycisnęła ramiona nieruchomo do bokowi oddychała płytko, mając nadzieję udobruchać grymuary, które zareagowały na to wtargnięcie pełnymi dezaprobaty pomrukami.
Z korytarza dobiegły głosy, a klamka w drzwiach się obróciła.
– Proszę tędy, magistrze Thorn –powiedział strażnik. –Dyrektorka zjawi się niedługo,żeby zaprowadzić pana do krypty.
Przewróciło jej się w żołądku,gdy do środka wkroczyła wysoka postać w szacie z kapturem, ze szmaragdowozielonym płaszczem falującym wokół stóp. Mężczyzna podszedł do okna, odsunął zasłony i stanął wpatrzony w widok na wieże biblioteki.
– Co się dzieje? – wyszeptała Katrien poniżej jej ramienia. –Nic stąd nie widzę.
Elisabeth mogła wyglądać tylko przez wysoką szczelinę nad grzbietami książek,więc też nie widziała zbyt wiele. Powoli i ostrożnie, drobnymi ruchami przesunęła się w bok,aby znaleźć lepszy punkt obserwacyjny. W polu widzenia pojawił się czubek bladego nosa magistra. Zdjął kaptur. Jego włosy były czarne jak smoła i pofalowane, dłuższe, niż zdarzało się nosić mężczyznom w Summer shall, a przy lewej skroni przecinało je jaskrawe, srebrzyste pasmo. Jeszcze kawałeczek w bok i…
„Jest niewiele starszy od nas” –pomyślała z zaskoczeniem. Zarówno siwe pasmo we włosach,jak i jego tytuł,kazały jej spodziewać się kogoś o wiele bardziej posuniętego w latach. Być może jego wygląd był zwodniczy. Mógł utrzymywać pozory młodości,kąpiąc się w krwi dziewic – czytała kiedyś o czymś takim w jakiejś powieści.
Dla wiadomości Katrien pokręciła lekko głową. Jego włosy były zbyt gęste, żeby rozpoznać,czy ma spiczaste uszy,a ewentualne kopyta skutecznie ukrywał brzeg płaszcza.
Zaraz potem dała kolejny znak, kręcąc głową bardziej nagląco. Magister odwrócił się w ich stronę, wbijając wzrok w półki. Jego szare oczy miały niezwykle jasny odcień, podobny barwą do kwarcu, a ich spojrzenie, gdy obiegał wzrokiem grymuary,zmroziło jej krew w żyłach. W niczyich oczach nie widziała nigdy takiego okrucieństwa.
Nie podzielała pewności Katrien,że jeśli je znajdzie, nie zrobi im krzywdy. Dorastała karmiona opowieściami o magii: o armiach powstałych ze zbiorowych grobów,aby walczyć w imieniu królów, o niewinnych ludziach poświęcanych w krwawych rytuałach, o dzieciach obdzieranych ze skóry i składanych w ofierze demonom. A niedawno sama odwiedziła kryptęi na własne oczy widziała dzieło czarnoksięskich rąk.
Magister zbliżył się, a Elisabeth z przerażeniem odkryła, że nie jest w stanie się ruszyć. Jeden z grymuarów zatrzasnął się na jej szatach i powarkiwał przez tkaninę, szarpiąc ją jak rozzłoszczony terier. Czarownik zmrużył oczy, poszukując źródła hałasu. Rozpaczliwym gestem chwyciła szatę i szarpnęła, a dokładnie w tej samej chwili grymuar puścił ją tak, że poleciała na półki…
Regał się przewrócił, a ona wraz z nim.


Koniec części drugiej.....

30 sierpnia 2019

„MAGIA CIERNI” MARGARET ROGERSON - FRAGMENT POWIEŚCI I


1

ZAPADAŁA NOC, KIEDY śmierć wjechała do Wielkiej Biblioteki w Summershall. Przybyła powozem. Elisabeth stała na dziedzińcu i patrzyła, jak konie z obłędem w oczach wpadają przez bramę, tocząc pianę z pysków. Wysoko w oknach wieży ostatnie promienie zachodzącego słońca zapłonęły, jakby pomieszczenia za nimi stanęły w ogniu, zaraz jednak umknęły w górę.W gasnącym blasku kładły się długie cienie aniołów i gargulców strzegących poznaczonych smugami deszczu parapetów biblioteki.
Turkocząc kołami, powóz zatrzymał się, a na jego boku zalśnił pozłacany emblemat: skrzyżowane pióro i klucz – symbol Kolegium. Żelazne kraty zmieniały tylną część pojazdu w więzienną celę. Choć noc była chłodna, dłonie Elisabeth były śliskie od potu.
– Scrivener –odezwała się stojąca obok niej kobieta. –Masz sól? Rękawice?
Elisabeth poklepała skórzane pasy krzyżujące się na jej piersi, macając umieszczone na nich kieszonki, oraz pojemnik z solą zwisający u jej biodra.
– Tak, pani dyrektor. –Brakowało jej tylko miecza,na ten jednak sobie nie zasłuży, dopóki nie ukończy wieloletniego szkolenia w Kolegium i nie zostanie strażniczką. Niewielu bibliotekarzy osiągało ten cel;z reguły albo rezygnowali, albo ginęli.

28 sierpnia 2019

„MAGIA CIERNI” MARGARET ROGERSON - ZAPOWIEDŹ KSIĄŻKI



Wszyscy czarodzieje są źli. Elisabeth wie o tym od dawna. Wychowana przez obcych ludzi w jednej z Wielkich Bibliotek Austermeer, dorastała w otoczeniu grymuarów istot szepczących na półkach i drżących w żelaznych okowach, gotowych przemienić się w potwory z tuszu i skóry, jeśli tylko ktoś je sprowokuje. Dziewczyna ma nadzieję, że kiedyś dołączy do strażników strzegących królestwa przed ich mocą.


Tymczasem w wyniku sabotażu w bibliotece najbardziej niebezpieczny grymuar wydostaje się na wolność. Elisabeth, chcąc ratować sytuację, wpada w kłopoty. Gdy zostaje zamieszana w zbrodnię, musi opuścić bibliotekę i udać się do stolicy, aby tam stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Nie może liczyć na niczyją pomoc. Jedynym wyjściem jest zwrócenie się do jej największego wroga czarodzieja Nathaniela Thornema.

Wkrótce Elisabeth zda sobie sprawę, że stała się częścią konfliktu trwającego od wieków, azagłada grozi nie tylko Wielkim Bibliotekom, lecz także całemu światu. Stopniowo zaczyna podawać w wątpliwość wszystko, czego ją uczono o czarodziejach, o ukochanych bibliotekach, a nawet o samej sobie. Ma bowiem moc, o której nie miała pojęcia. 

„Jeśli pokochaliście bibliotekę Hogwartu albo Wielką Bibliotekę Clayrów, w Summershall poczujecie się jak w domu. Wartka akcja, wspaniały klimat i nuta cierpkiego humoru od razu wciągnęły mnie w tę powieść”.

Katherine Arden, autorka Niedźwiedzia i słowika

„Ta pełna przewrotnej magii powieść jest wspaniałym przykładem lekkiej, uzależniającej prozy Margaret Rogerson. Następczyni Diany Wynne Jones nie ma sobie równych w kreśleniu historii pełnych mrocznej fantazji i zachwycających czarów. Ta książka to czysta rozkosz”.
Jessica Cluess, autorka trylogii „Kingdom on Fire”

„Niczym grymuary z kart tej powieści, Magia cierni żyje i oddycha. Klasyczne fantasy w najlepszym wydaniu”.
Julie C. Dao, autorka Forest of a Thousand Lanterns

„Porywająca przygoda, w której odnajdziecie fascynujące postaci, rozwijający się powoli romans oraz świat, w którym warto zgubić się na dobre”.
Kirkus Reviews, wyróżniona recenzja

O autorce
Margaret Rogerson napisała dotąd dwie powieści: An Enchantment of Ravens, bestseller „New York Timesa”, oraz Magię cierni. Ukończyła antropologię kulturową na Uniwersytecie Miami. Kiedy nie czyta ani nie pisze, lubi szkicować, grać w gry, gotować budyń i oglądać więcej filmów dokumentalnych, niż jest to społecznie akceptowalne (zdaniem niektórych). Mieszka niedaleko Cincinnati w stanie Ohio, a jej dom sąsiaduje z ogrodem pełnym kolibrów i róż.

27 sierpnia 2019

Nina Majewska-Brown "Tylko dla dorosłych"


Klara ma pewną pracę, mieszkanie po babci i wiedzie spokojne życie singielki. Ma też kompleksy, matkę, która nie może się doczekać jej ślubu, i okrągłe urodziny, o których woli nie pamiętać. Oraz szalone przyjaciółki, które uznały, że najwyższa pora, by Klara wzięła sprawy w swoje ręce, i wyciągnęły ją na babski dzień w SPA. Spektakularną metamorfozę wieńczy niespodzianka stulecia. A właściwie nawet kilku, bo po upadku na zajęciach z tańca na rurze, które są urodzinowym prezentem, Klara budzi się w… 1881 roku!

Miłość, namiętność i gorsety – ta historia przyprawi cię o szybsze bicie serca. I nie tylko!

Po pierwszym szoku odkrywa, że ta zmiana ma swoje plusy. Klara jest traktowana jak dama, a niecodzienna sytuacja budzi w niej ukryte dotąd śmiałość i odwagę. Czas zaszaleć! Przystojny i czarujący Konstanty wydaje się idealnym kandydatem na namiętnego kochanka. Ale to, co miało być tylko chwilową przygodą, niespodziewanie przeradza się w prawdziwe uczucie. Droga do szczęścia nie jest jednak usłana różami: desperacko pragnąca wydać córkę za mąż pani matka pcha Klarę w ramiona dużo starszego wdowca, a wszechwładna baronowa niezbyt przychylnie patrzy na fascynację Konstantego, jej jedynego spadkobiercy, uboższą krewną. Zakochani nie zamierzają jednak dbać o konwenanse. Skandal wisi w powietrzu… Czy ich miłość to przetrwa? I czy odnajdą się w innym czasie?

20 sierpnia 2019

Belle Aurora "Raw"


Nie wszystkie potwory czają się w ciemnościach. 
Niektóre kryją się w świetle dnia.
Alexa Ballentine uciekła z domu, gdy tylko skończyła szesnaście lat. Wolała mieszkać na ulicy, niż dłużej żyć z ludźmi, którzy nie potrafili jej pokochać. Teraz, w wieku dwudziestu sześciu lat, mimo trudnych życiowych doświadczeń, ma pracę, którą kocha. Jest wykształconą, młodą kobietą i może pomagać innym ludziom.
Ale jest też on. Alexa nie wie, kim jest. Zwykle ma na głowie kaptur i obserwuje ją z daleka. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że powinna zgłosić tę sprawę policji, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi czuje się bezpieczna, kiedy jej stalker znajduje się w pobliżu. Jest wręcz zafascynowana nieznajomym mężczyzną.
Kiedy zostaje napadnięta, to właśnie on przychodzi jej na ratunek. W ten sposób Alexa w końcu dowiaduje się, kim jest nieznajomy. Wkrótce dowie się również, że nie chodził za nią bez powodu i że wbrew pozorom nie jest ani bezdomny, ani szlachetny.
Będzie chciał, żeby Alexa zapłaciła za coś, co zrobiła w przeszłości, i żeby zrobiła to na jego zasadach.

„Raw” postanowiłam przeczytać za namową przyjaciółki, która bardzo zachwalała tą powieść. Z początku wyobrażałam sobie, co takiego mogę się spodziewać, lecz tak naprawdę nie wiedziałam nic. Dodatkowym plusem było to, że lubię dark romanse, lecz jeszcze nie miałam nigdy styczności z twórczością autorki. Kiedy dostałam książkę w swoje ręce postanowiłam jak najszybciej przeczytać. Po kilku stronach przepadłam i nawet nie zauważyłam, kiedy noc stała się dniem.

Autorka od początku opowiada nam bardzo straszną historię małej Lexi. Ona gnębiona przez ojca on maltretowany przez ojczyma. Wspomina, kiedy pomogła chłopcu z sąsiedztwa, kiedy tak naprawdę potrzebował jej pomocy. Zdradził jej wtedy imię, o którym nigdy nie zapomniała. 
Mijają lata Lexi wyjeżdża z zastępczą matką do Australii i tam na nowo układa swoje życie. Poznaje przyjaciół, zdobywa wykształcenie i dobrą pracę, lecz od jakiegoś czasu obserwuje zakapturzona postać. Lexi Ballentine na swojego stalkera która nie jedna z nas bałaby się, ale nie ona. Kiedy zostaje napadnięta przez gwałciciela to właśnie on przychodzi jej z pomocą. Jak się później okazuje jest to Twitch, który nie mieszka na ulicy, lecz jest bardzo bogaty i zamknięty w sobie. Nic nie mówi i bardzo często odwiedza, Lexi nocami. Z czasem okazuje się, że włada cały Sydney i wszyscy się go boją no może po za jedna osobą. Bo ktoś postanawia wymazać go z kart historii i wszystkich, na których mu zaleczy. 
Czy aby na pewno uda się to? 
Co zrobi Lexi kiedy dowie się o prawdziwych działaniach Twitcha?

Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką, ale teraz już wiem, że nie ostatnie. Znajdziemy dużo akcji, emocji, seksu, seksu i jeszcze raz seksu i nagle wielkie bum. Wielka bomba atomowa zwaliła mi się na głowę i teraz nie mogę wyprzeć z głowy to, co się stało. Ta książka jest zdecydowanie dla ludzi o mocnych nerwach. Autorka książki po raz kolejny zafundowała nam książkę, która nas rozpala i wzrusza a także uderza z dużą siłą emocji. „Raw” jest to książka o dwójce zakochanych, którzy pogubili się kiedyś w życiu a teraz próbują stworzyć coś naturalnego, czym jest związek. Ta książka jest o wzlotach i upadkach, o szczęściu, bólu, miłości, rozpaczy i tęsknocie.

„Raw” jest to książka, która nieźle namieszała w moim sercu. Cała ta historia jest niesamowicie tajemnicza, że sama zapada w pamięci czyniąc spustoszenie w moim sercu swoim zakończeniem. Belle Aurora zachwyciła mnie swoim piórem i spowodowała, że czytając doświadczyłam wielu emocji. Z niecierpliwością czekam na kolejną premierę książki a ja zachęcam Was do sięgnięcia po tę lekturę. Serdecznie zapraszam! 

19 sierpnia 2019

J.M. Darhower "Bestia w jego oczach" PRZEDPREMIEROWY FRAGMENT


Dziś chcę was zaprosić na przed premierowy fragment powieści który już niebawem książka ukaże się na polskim rynku wydawniczym. Kto z Was ma w planach przeczytać?

Prolog 

Palec śledzi krzywizny moich pleców, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Choć ze wszystkich sił udaję, że śpię, drżę pod jego lekkim jak puch dotykiem, niezdolna powstrzymać reakcji własnego ciała. Oddech więźnie w gardle. Dlaczego on mi to robi? Nienawidzę siebie prawie tak bardzo, jak nienawidzę tego mężczyzny. Ach, jakże ja nim gardzę… Nigdy w życiu nie czułam tak silnej nienawiści do nikogo i niczego. Nienawidzę jego włosów, uśmiechu, oczu. Nienawidzę słów, które wypowiada tym swoim zachrypniętym głosem. Rzeczy, które robi. Tego, jakim jest człowiekiem, jak mnie traktuje, jak na mnie wpływa. Bólu, jaki zadają mi jego dłonie, by za chwilę ofiarować niewyobrażalną rozkosz. Dzikie pożądanie pali mnie żywym ogniem, mieszając się z agonią. Nienawidzę tego. Nienawidzę. Tak bardzo tego, kurwa, nienawidzę. Palec zatrzymuje się u dołu moich pleców, by obwieść rąbek bielizny. Czuję, że ciało budzi się do życia, rozpala żarem. On 8 się tego spodziewa – potrafi rozniecić ogień. Wie, jak mnie dotykać. Chciałabym oblać się benzyną i podpalić, sczeznąć w płomieniach, byle uciec od tych uczuć… Ale to na nic. Choćbym zmieniła się w kupkę popiołu, nie uwolnię się od niego. Tak działają siły natury – wiatr przywiałby mnie z powrotem. Powietrze robi się ciężkie niczym od gęstego, czarnego dymu. A może to płuca tężeją, podobnie jak wszystkie moje mięśnie? Chcę krzyczeć, uwolnić się. Uciec. Lecz tego nie robię – wiem, że natychmiast by mnie złapał. Nie raz tak było. I nie raz się jeszcze powtórzy. Wciąż nie otwieram oczu, gdy palec znów pełznie wzdłuż mojego kręgosłupa. Staram się zapanować nad odczuciami. „Nic się nie dzieje – powtarzam sobie – ja przecież śpię. On także śpi. To tylko sen. A może koszmar?” Tak naprawdę mnie nie dotyka, choć wiem, że to robi… Wiem, że tak. Każda ze zdradzieckich komórek mojego organizmu budzi się pod jego dotykiem, każdy nerw drży jak pod napięciem. To się nie dzieje naprawdę. Nic tutaj nie dzieje się naprawdę. Zaczynam się zastanawiać… Może tak byłoby lepiej? Palec zatrzymuje się przy moim karku, tym razem na dłużej. Pięć, dziesięć, piętnaście… Odliczam w głowie sekundy, czekając na jego kolejny ruch, starając się przewidzieć, co zrobi za chwilę, jakbyśmy grali w szachy, a ja miała jakiekolwiek szanse na kontratak. Wszystko na nic. Nawet te myśli. Zdążył już zbić mojego króla. Szach-mat. Raz jeszcze przeciąga palcem wzdłuż pleców, by w połowie zboczyć z obranej trasy. Bada pozostałe obszary, jakby rozgrzana skóra była malarskim płótnem. Ciekawość bierze górę nad rozsądkiem i zaczynam się zastanawiać, co takiego próbuje nakreślić. Ruchy wydają się przypadkowe, bezmyślne, ale za dobrze go znam… Niczego nie robi bezcelowo. Tym szaleństwem kierują zawiłe reguły, a każde wypowiedziane słowo zdradza jego dalsze zamiary. A te rzadko bywają dobre. Zaciskam mocniej powieki, próbując odczytać szyfr, jakim posługuje się palec tańczący na moich plecach. Czyżby odmalowywał sielski obraz życia, który mi kiedyś obiecywał? Czyżby znowu wsączał mi w skórę kłamstwa? Może pisze miłosny list, przysięgając poprawę? Lub raczej żądanie okupu? Ach, gdyby tak narysował linę. Znalazłabym sposób, by wyrwać ją z ciała i powiesić go na niej. Zasłużył na to, tego jestem pewna. W końcu udaje mi się wyłapać wzór splotów i zakrętów powtarzanych przez palec. Widzę oczyma wyobraźni, że pisze pochylonymi literami jedno samotne słowo. Vitale. Nazywa się Ignazio Vitale, choć jeszcze niedawno kazał mi mówić na siebie Naz. To właśnie Naz mnie oczarował, to on zdobył moje serce i sprawił, że stopniało. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że prawdziwy jest Ignazio, a gdy poznałam oblicze Vitale, było już za późno na odwrót. A może nigdy nie miałam na to szansy…?

12 sierpnia 2019

Kylie Scott "Dirty"


Najpiękniejszym dniem w naszym życiu jest ślub. To dzień, o którym marzymy już od najmłodszych lat a każda nasza fantazja może zostać spełniona. I tak właśnie jest z Lydią Green, która już za chwilę stanie na ślubnym kobiercu i będzie przysięgać miłość i uczciwość małżeńską oraz że nie opuści go aż do śmierci. Ale chwila wróćmy do uczciwości, bo właśnie Lydia dostaje wiadomość z filmem a głównymi bohaterami są jej Chris i UWAGA jego drużba. Uwierzycie jej narzeczony zabawiał się z swoim przyjacielem. Chris zachowywał się jak czuły narzeczony i był miłością jej życia. Drobne niepokojące sygnały Lydia po prostu lekceważyła. W końcu jej ukochany był chodzącym ideałem, a po ślubie ich życie miało być, co najmniej bajkowe. W tej jednej chwili postanawia uciec jak najdalej. Szukając schronienia przed zdrajcą, tłumem gości i własną rozpaczą, niedoszła panna młoda włamała się do uroczego bungalowu i schowała w łazience.

Do miasta właśnie wrócił Vaughan Hewson. Mając swoje problemy postanawia zaszyć się na kilka dni w rodzinnym domu. Tam zastaje zapłakaną dziewczynę w sukni ślubnej. Ale zamiast wezwać policję (w końcu miał przed sobą włamywaczkę!) zaoferował jej ręcznik i muskularne ramię, by mogła się na nim wypłakać. To raczej nie było w jego stylu. Z czasem ich relacja przeradza się w przyjaźń, lecz każde z nich wie, że jest to krótkotrwałe gdyż już za kilka dniu obje wyjadą szukając lepszego jutra. Czy zatem warto ponownie komuś zaufać? A może lepiej po prostu trochę się zabawić?

10 sierpnia 2019

Augusta Docher "Rozdroża. Z klas(yk)ą w łóżku" FRAGMENT POWIEŚCI II

 Nie spytałam, kiedy i w jaki sposób dowiem się, czy moja kandydatura została przyjęta. Bardzo możliwe, że z góry założyłam porażkę. Z pewnością byłam najmniej sympatyczną kandydatką na opiekunkę do dziecka, jaka się zgłosiła, ale nie powstrzymuje mnie to przed pakowaniem skromnego dobytku. Tak czy owak, cel jest jasny: wyjechać. Wyjechać jak najdalej, zostawić za sobą całą przeszłość, odciąć się od niej grubą krechą, nawet od tych nielicznych miejsc, rzeczy i osób, z którymi łączyło mnie jakiekolwiek przywiązanie.
Nie warto.
Nie warto się przywiązywać.
 Mija trzeci dzień od rozmowy kwalifikacyjnej. Mieszkanie moje i Helen, bo jej rzeczy też musiałam uprzątnąć, jest już puste. Oddałam to, co nadawało się do użytku, przygotowałam na wyjazd najpierw
trzy walizki, potem dwie, na końcu jedną. Wystarczy. Im mniej balastu, tym lżej żyć. Garstka ubrań, nie to, co ulubione, tylko to, co niezbędne, dwie pary butów, kilka książek. Jedyna słabostka? Mały jasiek, z którym zawsze spała Burns. Ciągle pachnie jej włosami. Dla czego życie jest takie… Nie wiem. Trudne? A jednocześnie wciąż czuję w sobie zupełnie niepojętą chęć i siłę, żeby się z nim zmagaćżeby pokazać, że trwam. Trwam ponad wszystko.
 Szukam kolejnych ofert, sprawdzam codziennie ogłoszenia, niestety, równie dobra okazja się nie powtarza. Zapada wieczór, kładę się spać bez wielkiego żalu czy rozczarowania. Czyżbym była już tak zgorzkniała i smutna, że porażkę uznaję za coś oczywistego, naturalnego bardziej niż oddychanie? Jakże jestem zaskoczona, kiedy rankiem dostaję wiadomość: „Panno Eye, dzień dobry. Z przyjemnością informuję, że Pani kandydatura została przyjęta. Proszę się zgłosić do mojego biura w czwartek, o godzinie szesnastej. Pozdrowienia”.
 Pozwalam sobie na chwil
ę radości. Trzeba uczcić zwycięstwo, idę do kuchni, wyjmuję z szafki metalową puszkę po solonych orzeszkach. Burns trzymała w niej ciasteczka. To była jej słabostka: cynamonowe ciasteczka, twarde i brzydkie. Zjadam ostatnie ciastko, a puszkę wkładam z powrotem do szafki. Zero waste — nie śmiecić. Tak zawsze mówiła Helen. Nie, wtedy zmieniała się w Burns. Gdy miała do powiedzenia coś ważnego, oświadczała: „Ja, Burns, ci to mówię”. Dobrze więc, nie będę śmiecić, zamierzam kontynuować jej bezsensowne dzieło ochrony natury przed odpadkami. Boże, jakież to jest głupie! Co jak co, ale Amerykanie to najgorsze świntuchy, jakich nosi na grzbiecie matka ziemia. A kimże ja jestem? Jednostką w oceanie świntuchów.
 Dobrze, że jako ludzie mamy niezbywalne prawo do popełniania głupstw. 

Edward Gdyby Celina Varens nie była dziwką, mógłbym ją uznać za ideał kobiety — inteligentna, rzeczowa, konkretna, błyskotliwa i z poczuciem humoru, a przy tym wyjątkowo piękna, niekierująca się ślepo modą, niezbyt chuda, raczej kształtna, z wyczuwalną warstewką tłuszczu pod gładką skórą. O tak, Celina spełnia wszelkie moje osobiste kryteria, bym mógł uważać ją za skończoną piękność i chodzący ideał. Mówię jej to, a ona wybucha śmiechem, szczerym, prawdziwym jak jej naturalne blond włosy i biust (nie mam pojęcia, jaki rozmiar mają piersi Celiny, ale są perfekcyjne i mieszczą się idealnie w moich dłoniach).
— Masz pomys
ły, ja idealna? — Zsuwa się z mojej klatki piersiowej i siada po turecku. Widzę jej słodką jasnoróżową cipkę i czuję, że za chwilę znowu się w niej znajdę. — Daleko mi do ideału, drogi hrabio.
— Chichocze.
 Uwielbia
żartować z mojego pochodzenia, nadużywa tytułów i posługuje się nimi zupełnie bez sensu. Nigdy nie miałem hrabiowskiego tytułu, moi przodkowie też.
— W mojej ocenie jeste
ś perfekcyjna. Byłabyś doskonałą żoną — droczę się z nią.
— Jestem dziwk
ą, nie żoną.
— Dziwki te
ż mogą wychodzić za mąż — zauważam.
— Nie umiem gotowa
ć.
— Ale lubisz.
— Nie wychodzi mi! Pami
ętasz brownie bez mąki? — Potrząsa głową.
 Jak móg
łbym zapomnieć tę bulgoczącą papkę, którą kiedyś wyjęła z piekarnika. Chciała upiec domowe ciasto, sprawić mi przyjemność  — i zasadniczo ją sprawiła, bo ostatecznie czekoladowa masa wylądowała na jej brzuchu i cipce, a ja zlizywałem słodkości przez godzinę.
— Lubi
ę twoje brownie. — Kilka razy mlaszczę ze smakiem. — Mogłabyś znów je przyrządzić.
— Nienawidz
ę sprzątać i dekorować domu — wymienia kolejny argument.
— Mo
żna wynająć służbę, to błahostka. Zapłacisz komu trzeba, będzie pucował chałupę i dmuchał na domowe ognisko za ciebie.
— Nie lubi
ę dzieci. To przeszkoda nie do pokonania.
— A kto powiedzia
ł, że ja lubię dzieci? — Wybucham śmiechem.
— Przesta
ń! — Wymierza mi kuksańca w brzuch. — Masz dziecko i nie mów więcej takich rzeczy.
— Masz racj
ę, nie mówmy o tym — zamykam temat.
 Co jak co, ale sypialnia w prywatnym apartamencie dziwki, nawet tak luksusowej, jak
ą jest Celina, to nie miejsce na dyskusje o dzieciach, mimo to gospodyni drąży temat i wypytuje o Kate, opiekunkę mojej córki. Niepotrzebnie zwierzyłem się ostatnio Celinie z problemów z młodą, urodziwą studentką medycyny, która wzięła roczny urlop i zatrudniła się u mnie. Nie ma nic złego w studentkach medycyny, przeciwnie, są inteligentne i kompetentne, szkoda, że akurat Kate cechował nadmierny romantyzm. Bardzo szybko uznała, że kilka szybkich numerków, które zaliczyliśmy w ogrodzie, w mojej garderobie, w moim gabinecie, w samochodzie i w paru innych miejscach, uprawnia ją do snucia planów długiego i wspólnego życia. Zakochała się na śmierć albo we mnie, albo (co raczej bardziej prawdopodobne) w moim majątku. A gdy jeszcze pomyślę o starciu w mojej sypialni pomiędzy nią a Blanką Ingram… Cóż, było ostro, ale nie tak,
jak bym tego oczekiwa
ł. Dlatego właśnie musiałem ją odprawić.
— Katherine? — Podkładam rękę pod głowę. — Nie mam pojęcia, co u niej. Już nie pracuje w Thornfield.
— Zwolni
łeś ją?! — W głosie Celiny wybrzmiewa udawane oburzenie. — Jesteś okropny, murgrabio, podły i bez serca. Szowinistyczna świnia. Najpierw uwiodłeś dziewczynę, a jak się zakochała, zwolniłeś.
— Wypraszam sobie. Tego murgrabi
ę. — Puszczam jej oko. — I nie zwolniłem, sama wypowiedziała umowę.
— Uwa
żaj, bo ci uwierzę. — Celina wydyma słodkie usta.
— Czy to wa
żne? Odeszła i już, problem z głowy.
— Wstr
ęciuch bez serca. A Adelka? Na pewno tęskni.
— Moja córka od pocz
ątku nie przepadała za Kate, zresztą już zatrudniłem nową nianię. Żeby mnie nie kusiło, wybrałem brzydulę. Urodą nie grzeszy, ale jest kompetentna i ma świetne referencje.
— Jeste
ś okropny.
— Raczej szczery. Ty te
ż, dlatego cię lubię. Chodź tu. — Kiwam na nią palcem. Dość gadania. Mam ochotę na seks z ideałem. — No już, pogalopuj na koniu murgrabiego. — Popędzam ją, bo się ociąga i zamiast wskoczyć na mnie, siedzi, uśmiecha się przekornie i nawija kosmyk włosów na palec. Dobrze wie, że nieziemsko mnie kręci, gdy stroi minki niegrzecznej uczennicy. — Celino Varens, jeśli natychmiast nie wskoczysz na mojego fiuta, dostaniesz lanie, zobaczysz!
— Siadam,
żeby ją schwytać za rękę, ale nie zdążam.
Celina z piskiem umyka z sypialni, goni
ę ją po wielkim apartamencie, biegamy wokół kuchennej wyspy i dopiero drobny wypadek
— Celinie odje
żdża noga przy kolejnym okrążeniu — sprawia, że udaje mi się ją dorwać. Przerzucam kochanicę przez ramię i niosę do sypialni, po drodze wymierzam kilka soczystych klapsów.
Lubi to, ja te
ż. Mówiłem już, że ta kobieta to ideał?
Jeśli odwiedzasz bloga i czytasz posty to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Będzie mi bardzo miło bo wtedy wiem, że moje starania nie poszły na marne.
Miłego czytania.
Beata