16 lipca 2019

K. Webster "Mój Torin" FRAGMENT POWIEŚCI III



ROZDZIAŁ 3

Casey
Lubię Tylera. Wciąż się uśmiecha i ma radosne oczy. Jednak wiem, że pod tym uśmiechem skrywa smutek, którego głębia przenika mnie aż do szpiku kości. Nie znam go na tyle dobrze, by móc go o to spytać, ale nie mogę przestać o tym myśleć.
            Gdy tylko wspomina o Torinie, nagle się zmienia. Jest dumny, ale zachowuje się tak, jakby się przed czymś bronił. Zastanawiam się, co może być nie tak z jego bratem. Przez te wszystkie lata, które spędziłam w zastępczych domach, poznałam upośledzone dzieci, więc to dla mnie nic nowego. Może niedługo powie mi coś więcej. Na razie zamierzam cieszyć się czasem spędzonym w restauracji, do której nie pasuję, siedząc naprzeciw mężczyzny, który byłby dla mnie idealny, gdybym tylko była po drugiej stronie swojego życia. Tej szczęśliwej. Tej, która rozpocznie się, gdy skończę osiemnaście lat.
            – Poproszę keczup – bełkoczę do kelnera, a on patrzy na mnie z przerażeniem. Jego oczy są wielkie jak spodki.
            Tyler się śmieje.
            – Proszę przynieść nam keczup – mówi do niego.
            Gdy kelner odchodzi, Tyler wskazuje mój stek.
            – Keczup nie będzie ci potrzebny. Zaufaj mi.
            Unoszę brew, a następnie zaczynam kroić mięso. Ładnie pachnie. Przez swoje niecałe osiemnaście lat życia nigdy nie jadłam czegoś podobnego. Moim najwytworniejszym posiłkiem był gulasz, który Guy przyrządził według przepisu otrzymanego od jednej matki z kliniki.
            Podnoszę kawałek steku do ust. Tyler przygląda mi się z niecierpliwością. Chce, aby mi smakował. Boże, mam nadzieję, że będzie mi smakował. Wsuwam go do ust i nagle przeżywam prawdziwą eksplozję niesamowitego smaku. Nie mogąc powstrzymać jęku przyjemności, zaczynam żuć mięso.
            – Dobre?
            – Rzeczywiście są najlepsze – zgadzam się z nim.
            – Wciąż chcesz oblać go keczupem?
            – Nigdy w życiu.
            Śmieje się. Lubię jego śmiech. Żaden dorosły człowiek nigdy nie chciał mnie lepiej poznać lub zrozumieć. Nikt nigdy nie spytał mnie o zdanie, czy zainteresował się tym, czego pragnę.
            Nikt oprócz Tylera.
            On wydaje się szczerze pragnąć mojego szczęścia.
            Nie jestem w stanie tego zrozumieć.
            Kiedy jemy posiłek, zastanawiam się, z jakich innych powodów chciałby właśnie taką dziewczynę jak ja. Może skłamał, gdy mówił, że nie handluje żywym towarem lub ludzkimi organami. A może mówi prawdę. A co, jeśli to wszystko okaże się jeszcze prostsze i może po prostu chce, żebym z nim sypiała? Bardzo chciałabym być tym zdegustowana, ale nie mogę zaprzeczyć, że to dość przyjemna wizja. Nie żebym kiedyś w ogóle uprawiała seks albo ktoś tak przystojny i bogaty zainteresował się kimś takim jak ja.
            – Opowiedz mi o sobie, Casey.
            Mogę dużo o sobie powiedzieć. Uwielbiam czytać. Moją sekretną słabością są prowokujące do myślenia książki. Muzyka koi moją duszę. Uwielbiam ciepło. Nienawidzę śniegu. Nie znoszę wakacji, bo wtedy jestem dręczona wszystkim tym, czego nigdy nie miałam. Najmniej lubię zajęcia z angielskiego, bo podczas nich omawiamy same nudne teksty, a ja lubię przemoc, seks i krew w literaturze. Najbardziej lubię matematykę. Gdy myślę o liczbach, rozumiem je. Zawsze chciałam mieć zwierzaka, ale w żadnym z domów, w których mieszkałam, nikt nigdy mi na to nie pozwolił.
            Jednak nie wyznam mu żadnej z tych rzeczy.
            – Uwielbiam kosmiczne ciasteczka – mówię.
            Tyler mruży oczy.
            – Kosmiczne ciasteczka?
            – To o nie toczą się wszystkie wojny. To o nie spiera się wszechświat. To właśnie nimi wyrażamy szczęście w każdym z istniejących języków. – Szczerzę się, a on kręci głową.
            – A gdzie mogę dostać te kosmiczne ciasteczka? Zaczekaj – przerywa nagle. – Mówisz o ciastkach z marihuaną?
            Wybucham śmiechem, a gość z czerwoną twarzą gromi mnie wzrokiem.
            – Nie! To zwykłe ciasteczka. Guy czasami je kupuje, ale nigdy nie starczają na długo. Dzieciaki się o nie biją.
            – Powiem Ethel, by je kupiła – zapewnia mnie.
            – Ethel? To twoja żona? – Serce przestaje mi bić. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że on może mieć rodzinę. Nie zauważyłam obrączki, ale to przecież nie musi niczego oznaczać.
            – Nie, nie jestem żonaty. Ethel jest naszą kucharką i gosposią.
            Wow. Naprawdę ma sporo kasy. Muszę o tym pamiętać.
            – Rozumiem.
            – Powiedziałaś mi o ciasteczkach, ale chyba zastanawiasz się nad czymś innym. Czyżby te myśli nie chciały wyjść na zewnątrz, czy może po prostu wolisz odsłonić tylko kawałek siebie? – pyta, mrużąc oczy, jakby chciał mnie zrozumieć.
            Powodzenia.
            Sama ledwie siebie rozumiem.
            – Zwykle mówię ludziom to, co chcą usłyszeć – przyznaję.
            Tyler zaciska usta, wbijając we mnie surowe spojrzenie.
            – Mnie musisz powiedzieć wszystko, Casey.
            No dobrze.

– Dziwnie się czuję – mówię, gdy muskam palcami jedwabisty materiał.
            – Dlatego, że kupuję ci ubrania?
            Kiwam głową, ale nie patrzę na niego. Obiad w restauracji był fajny i odprężający, ale teraz powietrze jest naładowane oczekiwaniami. Nie wiem, co mam zrobić ani jak powinnam się zachowywać. Sprzedawczyni wciąż posyła mi pogardliwe spojrzenia, ale gdy Tyler ją o coś pyta, cała promienieje.
            – Mają tu coś wygodnego? – pytam go po kilku minutach.
            Podchodzi do mnie i rozgląda się wokół.
            – Ach, to przecież nie do końca jest twój styl, prawda?
            – Nie.
            – Wybacz mi. – Oddycha ciężko. – Niezbyt znam się na kobietach.
            Rumienię się, gdy sugeruje, że dla niego jestem kobietą. Ludzie różnie mnie nazywali, ale nikt nigdy nie nazwał mnie kobietą. Byłam dzieciakiem, dziewczyną, francą, ale nigdy kobietą.
            – Zauważyłam jedno miejsce po drodze – mamroczę, po czym szybko wychodzę ze sklepu.
            Tyler bez wysiłku mnie dogania. Zmierzam w kierunku sklepu w centrum handlowym, o którym tyle słyszałam w szkole. Ten sklep jest dla ludzi takich jak ja. Dobiega z niego głośna rockowa muzyka, a na pomalowanych na czarno ścianach wiszą bluzy oraz koszulki z logo zespołów. Kiedy wchodzimy do środka, facet z dwoma kolczykami w ustach i słowem „Harmonia” wytatuowanym na policzku podchodzi do nas.
            – W czym mogę pomóc?
            – Ona potrzebuje czegoś ciepłego – mówi Tyler.
            – Dziękuję, poradzę sobie. – Kiwam głową.
            – Jeśli ty lub twój tata będziecie czegoś potrzebować, daj mi znać.
            Na dźwięk tych słów serce podchodzi mi do gardła. Ja nie mam ojca. Nie mam nikogo. Tyler nie protestuje i nie oznajmia, że nie jestem jego córką, a ja przez krótką chwilę jestem mu za to wdzięczna. Kiedy robimy zakupy, przez sekundę udaję, że rzeczywiście nią jestem.
            – Nadchodzi zima? – pyta, pokazując mi bluzę z Jonem Snowem.
            – Nie musisz mi o tym przypominać – odpowiadam ze śmiechem. Po kilku minutach znajduję bluzę, która mi się podoba. – Chcę tę.
            Tyler przeszukuje stosik bluz, po czym wyciąga mniejszy rozmiar.
            – Ta powinna na ciebie pasować.
            – Okej – mówię. – To wszystko.
            Patrzy się na mnie, jakbym postradała zmysły.
            – Nie ma mowy. Wybrałaś tylko jedną bluzę.
            – Dobrze, tato. – Śmieję się.
            Macha do sprzedawcy.
            – Poproszę każdą bluzę w tym stylu w mniejszym rozmiarze – mówi. Sprzedawca jest zaskoczony.
            – Mamy przynajmniej dwadzieścia takich – oświadcza.
            – Chcę wszystkie. Czy może mi pan pokazać, gdzie są inne ciepłe rzeczy?
            – Oczywiście. Są tutaj.
            Tyler i ja buszujemy w skarpetkach z zabawnymi nadrukami. Każda para ma inny kolor. Większość to podkolanówki, które uwielbiam. Potem przeglądamy piżamy. Są po prostu absurdalne, ale i tak je uwielbiam. Znajdujemy nawet ciepłe spodnie, w których można spać. Następnie wybieram też kilka par dżinsów. Kiedy zakupy dobiegają końca, zaczynam się martwić, że to wszystko będzie sporo kosztowało.
            – Casey, mogłabyś skoczyć do sklepu ze słodyczami i kupić mi ogniste cukierki? Zaraz tam przyjdę. Nie krępuj się i weź też coś dla siebie.
            Tyler nie chce, abym usłyszała, ile zapłaci za moje ubrania. Tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Chwytam dwa dwudziestodolarowe banknoty, które mi podaje, po czym wkładam je do kieszeni bluzy, a następnie idę prosto do sklepu ze słodyczami. Wrzucam do małej siateczki ogniste cukierki, zawiązuję ją, a potem chwytam kolejną i wrzucam do niej tropikalne Skittlesy.
            – Te siateczki szybko się wypełniają. Może powinnaś zwolnić – mówi do mnie starszy mężczyzna siedzący za ladą.
            Tyler dał mi sporo pieniędzy, więc stać mnie na te słodkości. Ignoruję starszego pana i wrzucam cukierki do siateczki.
            – Panienko. – Głos mężczyzny staje się ostrzejszy.
            Zawiązuję siateczkę z cukierkami, po czym podchodzę do półki, na której znajdują się czekoladowe kuleczki.
            – Panienko. – Starszy mężczyzna ponownie zwraca się do mnie ostrym tonem. – Muszę cię poprosić o opuszczenie sklepu.
            – Dlaczego? – Wbijam w niego wzrok.
            – Ten sklep jest dla klientów, którzy mogą sobie pozwolić na zakup tych słodyczy.
            – Policzyłam, że będą kosztować trzydzieści osiem dolarów – cedzę przez zaciśnięte zęby. Zawiązawszy ostatnią siateczkę, kładę ją na wadze stojącej na ladzie i rzucam obok dwie dwudziestki.
            Starszy mężczyzna podlicza rachunek.
            – Razem to będzie czterdzieści jeden dolarów i czterdzieści trzy centy.
            Chcę mu powiedzieć, by odliczył czekoladowe kuleczki, ale nie zdążam tego zrobić, ponieważ ktoś kładzie na ladzie dwa dolary. Patrzę na Tylera z wdzięcznością. Staruszek prostuje się, po czym wydaje mi resztę. Tyler podnosi siatki ze słodyczami, wskazując głową na wyjście.
            Krzywiąc się, zabieram mu słodycze, po czym kieruję się w stronę drzwi.
            – Jeśli jeszcze raz potraktuje pan kogoś w ten sposób, to kupię ten sklep tylko po to, aby pana zwolnić – syczy Tyler do sprzedawcy.
            W całym swoim dotychczasowym życiu nigdy nie uśmiechnęłam się tak szeroko, jak w tej chwili.

(obrazek)

Kupił mi bardzo drogie auto, które jest tak luksusowe, że boję się nawet na nie spojrzeć. Teraz należy do mnie. A przynajmniej będzie należało od dnia, w którym skończę osiemnaście lat. To kolejna obietnica Tylera, w którą chcę wierzyć.
            Sprzedawca powiedział, że dostarczą je za tydzień, ale przecież ja i tak nie umiem prowadzić.
            Nieważne.
            – Casey. – Tyler zwraca się do mnie, kiedy już jesteśmy w jego samochodzie.
Kiedy odwracam się w jego stronę, zauważam, że jest spięty i zdenerwowany. Również zaczynam się denerwować, zwłaszcza że zjeżdżamy z głównej drogi w ciemną, krętą uliczkę otoczoną z obu stron drzewami.
            – Tak?
            Tyler masuje kark, spoglądając na mnie. Jego oczy są pełne bólu.
            – To może się nie spodobać Torinowi. On jest przyzwyczajony do swojego harmonogramu i rutyny, i… – Przerywa, po czym wzdycha. – Wiem jednak, że tego potrzebuje. Obiecaj mi, że z nami zostaniesz. Jeśli poczujesz się niekomfortowo, porozmawiaj ze mną, zanim podejmiesz pochopną decyzję, dobrze?
            Zaczynam szczękać zębami, ale nie z zimna. Jestem zaniepokojona tym, co usłyszałam. Tyler podkręca temperaturę w samochodzie. Ten gest sprawia, że cały mój niepokój ulatuje, jak powietrze z przebitego balonu.
            – Obiecuję.
            Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, po czym przez następne kilka minut jedziemy w ciszy. Kiedy docieramy na miejsce, jestem bardzo zdumiona. Dom Tylera jest tak ogromny, że brakuje mi tchu. Nigdy nie widziałam tak dużej posiadłości.
            – Mieszkasz w zamku! – wykrzykuję. Serce wali mi w piersi. Co prawda większość zamków jest zbudowana z cegieł, ale to wciąż jest zamek. Nawet jeśli jest z drewna.
            Tyler śmieje się, zatrzymując samochód na podjeździe.
            – Nie powiedziałbym, że mieszkam w zamku, ale tak, to jest mój dom.
            Wyłączywszy silnik, sięga do kieszeni marynarki.
            – Proszę. To dla ciebie.
            Biorę iPhone'a, który mi wręcza, i wpatruję się w niego.
            – Co to?
            – Dzięki temu będę mógł w każdej chwili się z tobą skontaktować. Chcę, żebyś zawsze miała go przy sobie i mogła do mnie zadzwonić lub napisać, jeśli nie będzie mnie w domu.
            Czuję nagły atak paniki, który rozlewa się w moim żołądku niczym chmara robaków.
            – Dobrze.
            Chcę mu powiedzieć, że mnie przeraża, ale nie potrafię tego z siebie wydusić. Kiedy patrzę na niego, mruży oczy, po czym kładzie dłoń na mojej ręce.
            – To się uda. To musi się udać.
            Po tych słowach wysiada z samochodu, podchodzi do drzwi od strony pasażera i je otwiera. Na schodach prowadzących do domu pojawia się wysoki starszy pan, który kiwa głową na powitanie.            – Lokaj. Nieźle – szepczę pod nosem. Tyler chichocze.
            – Lepiej nie nazywaj tak Ronniego w jego obecności.
            – A na jakim stanowisku tutaj pracuje?
            – Jest pomocą domową.
            – Brzmi lepiej niż lokaj – mówię, zmierzając za Tylerem do domu.
            W całej posiadłości panuje mrok, ale jest ciepło.
            – Strasznie tu ciemno – oznajmiam, gdy prowadzi mnie do pomieszczenia z rozpalonym kominkiem, nad którym wisi ogromny portret rodzinny.
            Od razu rozpoznaję uśmiech Tylera. Na obrazie jest małym chłopcem, ma siedem lub osiem lat, a jego młodszy brat jest dzieckiem, które ma najwyżej roczek. Poza maleństwem wszystkie osoby uśmiechają się, wyglądają na szczęśliwe. Ojciec czule obejmuje swoją śliczną żonę, a drugą dłoń trzyma na ramieniu Tylera.
            To rodzina.
            Nie wiem, jak się czuje ktoś, kto ma prawdziwą rodzinę.
            Mogę sobie tylko wyobrazić, że czuje ciepło i jest szczęśliwy.
            Pewnego dnia chciałabym mieć własną rodzinę.
            – To stary dom – mówi Tyler. W jego głosie słyszę, że jest odrobinę spięty. – Wybudowano go specjalnie dla jego poprzednich właścicieli.
            – Nieźle.
            Przygląda mi się, mrużąc oczy.
            – Casey, w tym domu nie ma okien.

14 lipca 2019

K. Webster "Mój Torin" FRAGMENT POWIEŚCI II



ROZDZIAŁ 2

Tyler
Tym razem upadłem naprawdę nisko.
Zapłaciłem mężczyźnie dwadzieścia tysięcy dolarów, by móc zabrać jego przybraną córkę. Myślałem, że będzie stawiał opór albo się rozmyśli. Nie spodziewałem się, że dam mu pieniądze i dziesięć minut później będę jechał z nią samochodem. Chciał tylko wiedzieć, jak się nazywam oraz gdzie mieszkam, a ja z ochotą udzieliłem mu tych informacji, wręczając pieniądze. Nic innego nie było ważne. 
            Liczy się tylko ona.
            Dałbym mu wszystko.
            Musiałby mnie tylko o to poprosić.
            Kurwa.
            Przecież to jest cholernie nielegalne.
            Mam trzydzieści dwa lata i nie mam żadnego interesu w opiekowaniu się nastolatką.
            Mam jednak swoje powody. Są dobre. Mają sens. Muszę tylko zachować ostrożność. Jeden krok w złą stronę może wszystko zniszczyć.
            Mlask. Mlask. Mlask. Mlask.
            Ona żuje tę gumę tak, jakby nie wiedziała, co innego może teraz zrobić. Ściska swój plecak, który jest podarty i brudny, i wygląda tak, jakby zaraz miał się rozpaść. Chcę zamienić go na nowy. Chcę dać jej wszystko.
            Chcę to zrobić, bo sam chcę od niej wszystkiego.
            – Jesteś głodna? – pytam, spoglądając na jej twarz.
            – Tak – odpowiada, spinając się.
            – Na co masz ochotę?
            Powoli odwraca głowę w moją stronę, a ja cieszę się, że pada na nas światło, bo w końcu mogę dobrze przyjrzeć się jej twarzy. Wciąż staram się zrozumieć, co takiego w niej przebija mrok, rozjaśniając go światłością. Mruga niewinnie tymi niebieskimi oczami i jest tak cholernie drobna. Dosłownie znika w swoim ubraniu. Naciągnęła nisko czapkę. Nawet pod tyloma warstwami jest jej zimno. Jej nos jest zaczerwieniony, a ciało drży.
            Chociaż zalewam się potem, sięgam do przodu, po czym podkręcam ogrzewanie. Wkraczam na nowe, nieznane terytorium. Każdego dnia zawieram transakcje i zabezpieczam przyszłość mojej rodziny, ale to jest coś zupełnie nowego.
            Wciąż nie wiem wielu rzeczy o świecie, o ludziach, ale po prostu to zaakceptowałem.
            – Może masz ochotę na stek? – pytam.
            – Nie wiem… – Wzrusza ramionami, wyglądając przez okno. – Mam być szczera?
            – Bądź szczera. – Uśmiecham się.
            Kiedy ponownie odwraca się, wbija we mnie lodowate, niebieskie oczy.
            – Nigdy nie jadłam steku – mówi.
            Chcę się roześmiać z jej żartu, ale nagle zdaję sobie sprawę, że mówi poważnie. To biedne, niekochane dziecko nigdy nawet nie jadło potrawy, która dla mnie jest czymś oczywistym. Stek to jeden z moich ulubionych posiłków. Włączam kierunkowskaz i jadę prosto do jednej z najlepszych restauracji ze stekami w całym mieście.
            – Cedrowy Pień – czyta napis nad wejściem. – Brzmi apetycznie.
            – Tu serwują tak pyszne jedzenie, że lepszego w życiu nie jadłaś – oświadczam, tym razem nie będąc w stanie powstrzymać śmiechu.
            – To nie będzie wielki wyczyn – mówi sucho, a ja zatrzymuję się i wyłączam silnik.
            – Kupię ci cieplejsze ubrania. Zjemy obiad i pojedziemy do sklepu, dobrze?
            – Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – Mruży oczy. Przygląda mi się, tak jakby chciała mnie rozszyfrować, a ja widzę w nich strach, który mnie przeraża.
            Nawet przez sekundę nie pomyślałem o tym, że ona może myśleć, że chcę wykorzystać ją seksualnie.
            – Ja… – stękam. – No dobrze, chcę czegoś – mówię, a ona sztywnieje.
            – Może powinieneś zawieźć mnie z powrotem – proponuje. – Nie będę dobra w tym, czego chcesz, cokolwiek to jest. Uwierz mi, nie znam się na tych sprawach.
            – Nie chodzi mi o to. – Kręcę głową. – Naprawdę. Potrzebuję czegoś znacznie prostszego. Potrzebuję ciebie.
            – Będę z tobą szczera, Tyler. To wszystko zaczyna być cholernie przerażające.
            Ponownie kiwam głową i przejeżdżam dłonią po twarzy.
            – Tak, cholernie przerażające – zgadzam się z nią. – Przysięgam, że nie jestem zboczeńcem. Możesz mi zaufać.
            – To chyba mówi każdy z tych mężczyzn, którzy zwabiają młode dziewczyny do swoich samochodów…
            Czuję nagłe ukłucie winy. O niektórych rzeczach nie powinienem mówić. Coś podpowiada mi, że mogłyby ją zdenerwować.
            – Po prostu pozwól mi się nakarmić, Casey. Teraz pragnę tylko tego.
            Kiedy otwiera drzwi samochodu, drży.
            – Teraz? – rzuca.
            Cholera.
            Wysiadam z audi, a następnie idę za nią. Ma tylko metr pięćdziesiąt, ale porusza się naprawdę szybko. Jest już przy drzwiach restauracji, gdy w końcu ją doganiam. Chwytam za klamkę i otwieram drzwi.
            – Damy przodem.
            – Nie widzę tu żadnych dam – parska.
            – Dzień dobry, jak mogę… – Kelnerka podchodzi do nas i przerywa w pół słowa na widok Casey.
            Odchrząkuję i otwieram usta, ale Casey znowu mnie wyprzedza.
            – Stolik dla dwojga. Taki blisko wyjścia. Ten koleś jest trochę dziwny i chciałabym szybko zwiać, gdyby zaczął się do mnie przystawiać – mówi z kamienną twarzą.
            Kobieta wbija w nią zaskoczone spojrzenie, po czym spogląda na mnie bezradnie.
            – Stolik dla dwóch osób. Przy oknie. Niedaleko wyjścia – powtarzam z uprzejmym uśmiechem.
            – Oczywiście. – Kiwając głową, chwyta dwie karty dań. – Proszę za mną.
            Casey posyła mi szelmowski uśmieszek, który rozgrzewa moje serce. To. To właśnie dlatego ona jest tu ze mną. Może nie rozumiem ludzi zbyt dobrze, ale doskonale wiem, co oznacza taki uśmiech. Ta dziewczyna jest naładowana pozytywną energią. Nie jest kimś, kto ślepo podąża za tłumem. Tacy ludzie trafiają się bardzo rzadko. Tacy ludzie zasługują na odnalezienie innych, w których również płynie taka sama pozytywna energia.
            Gdy podchodzimy do stolika, odsuwam dla Casey krzesło. Wskazuję jej, by na nim usiadła, ale ona przygląda mi się podejrzliwie, jednak w końcu zajmuje swoje miejsce. Siadam na krześle. Po chwili do naszego stolika podchodzi kelner.
            – Co mogę podać państwu do picia? – pyta.
            – Dla mnie kieliszek najlepszego wina, jakie tu macie – żąda Casey i unosi brew, spoglądając na mnie wyzywająco.
            – Colę. – Kręcę głową. – Poprosimy dwie szklanki coli.
            Kelner kiwa głową, po czym odchodzi od stolika.
            – Straszny z ciebie sztywniak – wzdycha Casey. Zaczyna wiercić się na krześle, przez co przyciąga uwagę innych gości, ale ja się tym nie przejmuję. Nic nie jest w stanie mnie zawstydzić.
            – Jestem przestępcą.
            Unosi brew, ale nie wydaje się być przerażona tym, co właśnie usłyszała.
            – Przyprowadzenie cię tutaj nie było w pełni legalne, co czyni ze mnie prawdziwego przestępcę. Ale nawet prawdziwy przestępca nie poda alkoholu nieletniej – dokańczam z uśmiechem.
            Casey przestaje wiercić się na krześle.
            – Ludzie się na mnie gapią – mówi.
            – Pozwól im się gapić.
            – Nie pasuję do tego miejsca.
            – Dlaczego tak myślisz?
            – Bo nie jestem taka jak oni. Nie jestem taka jak ty.
            – Masz szczęście, że nie jesteś. – Pocieram kark dłonią.
            – Powinnam się ciebie bać. – Patrzy na mnie zdezorientowana.
            – Dlaczego? – pytam obrażony.
            Na jej ustach ponownie rozkwita ten wspaniały, kojący duszę uśmiech. Gdyby tylko.
            – Bo jesteś mafiosem, prawda? Zamierzasz sprzedać mnie jako niewolnicę seksualną lub dorobić się, sprzedając moje organy na czarnym rynku, co, przestępco?
            – Tak naprawdę nie wziąłem tych możliwości pod uwagę. – Unoszę brew. – Ale skoro już o tym wspomniałaś, to jestem ciekawy, ile dostałbym za twoją wątrobę.
            – Dupek – odcina się.
            – Nie zamierzam cię sprzedać ani wykorzystać. Nie jestem potworem.
            – Nie wiem dlaczego, ale ci wierzę, co trochę mnie przeraża – przyznaje łagodnym tonem, spoglądając w okno.
            – Na co masz ochotę? – pytam ponownie, zmieniając temat. – Tutaj mają pyszne nadziewane grzyby. Może weźmiemy je jako przystawkę?
            Spogląda na mnie i krzywi się, ale mimo to kiwa głową.
            – No dobrze, niech ci będzie.
            Jej krótkie odpowiedzi wcale mi nie przeszkadzają.
            – Polecam stek. Średnio wysmażony. Odrobina krwi jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            – Powiedział podejrzany typ, który chce sprzedać moje organy na czarnym rynku.
            – Po prostu coś wybierz. – Śmieję się, wskazując na menu. – Nie zamierzam cię zabić.
            – Znasz mnie dopiero od trzydziestu minut – szepcze. – Większość ludzi zaczyna mnie nienawidzić dopiero po dwóch lub trzech dniach.
            Mrużę oczy. Czuję ukłucie w sercu.
            – Nienawiść to mocne słowo. Dlaczego ktoś miałby cię nienawidzić?
            Casey podnosi zawinięte w papierową chusteczkę sztućce i wyjmuje widelec, po czym w roztargnieniu zaczyna stukać nim w pusty kieliszek do wina.
            Stukstukstukstukstukstukstukstukstuk.
            Czekam cierpliwie, aż odpowie.
            – Bo jestem wkurzająca – odpowiada po długiej przerwie, nie przestając stukać w kieliszek. Inni goście spoglądają w naszą stronę.
            – Kto tak twierdzi? – pytam.
            Przestaje stukać, a potem wskazuje widelcem na kogoś.
            – Na przykład tamten łysy gość, ten z czerwoną gębą. Wkurzam go, bo głośno się zachowuję.
            Zauważam, że tamten mężczyzna rzeczywiście patrzy się na nią rozeźlonym wzrokiem. Zaciskam szczękę i również wbijam w niego piorunujące spojrzenie, po czym pokazuję mu, by się odwrócił. Słyszę, jak głośno wzdycha, odwracając się do swojego stolika.
            – Pfff – mruczy Casey.
            Stuk. Stuk. Stuk.
            Tym razem stuka wolniej.
            – Mnie nie wkurzasz.
            – Kłamiesz. – Śmieje się. Ma ładny, melodyjny śmiech.
            – Nie kłamię.
            Unosi brew tak wysoko, że prawie znika pod jej czapką.
            – To dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
            – Tak szczerze? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
            – Tak szczerze. – Uśmiecha się.
            – Mój młodszy brat cię lubi.
            Stuk. Stuk. Stuk.
            – Kim jest twój brat?
            – Ma na imię Torin.
            – To dziwne imię.
            – A on jest dziwnym mężczyzną.
            Casey nagle sztywnieje, po czym przestaje stukać widelcem w kieliszek.
            – Macie zamiar mnie torturować?
            – Nie, na miłość boską. – Kręcę głową. – Co oni każą wam czytać w tej szkole?
            – Powinieneś raczej spytać, czego nie pozwalają nam czytać – odpowiada szelmowsko.
            – Nie zamierzam cię torturować. Chcę tylko, żebyś z nami zamieszkała. Była z nami. Dotrzymywała nam towarzystwa – przyznaję, a serce wali mi w piersi.
            Żeby to tylko było takie proste.
            – Pozwól, że to wyjaśnię – mówi i wskazuje na mnie widelcem. – Ja – wskazuje na siebie – mam zabawiać ciebie? – Ponownie wskazuje na mnie.
            – Nie masz mnie zabawiać – mruczę. – Po prostu bądź.
            – Właśnie stałeś się jeszcze bardziej przerażający, Tyler – parska.
            – Proszę – szepczę błagalnym tonem.
            Nagle przestaje być rozbawiona. Zaczyna mi się przyglądać.
            – Naprawdę nie kłamiesz?
            – Nigdy nie kłamię.
            – Nie skrzywdzisz mnie?
            – Nigdy.
            – I kupisz mi samochód? Bez żadnych zobowiązań?
            – Dam ci wszystko, czego zapragniesz.
            – Nawet własny pokój z kominkiem?
            W całym domu jest tylko jeden kominek, który znajduje się w moim pokoju, ale ona może w nim zamieszkać.
            – Możesz zamieszkać w moim pokoju. Tam jest kominek.
            – Jaki jest haczyk?
            Mój brat.
            – Torin – zaczynam. – On… – Rozglądam się dookoła i krzywię na widok wpatrzonych w nas ludzi. – Inni ludzie patrzą na niego tak jak na ciebie.
            Gdy ponownie spoglądam na nią, jej oczy są wypełnione łzami.
            – Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam.

Jeśli odwiedzasz bloga i czytasz posty to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Będzie mi bardzo miło bo wtedy wiem, że moje starania nie poszły na marne.
Miłego czytania.
Beata